A+ A A-

SAMODZIELNOŚĆ OD DZIECIŃSTWA

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Rodzice często wyręczają swoje niepełnosprawne dzieci w wykonywaniu różnych czynności. To dla rodzica szybsze i po prostu wygodne. Ale nie zawsze wychodzi dzieciom na dobre. Dorosłemu dziecku będzie trudniej poradzić sobie w życiu, kiedy zabraknie już mamy i taty.

 

Kiedy rodzi się dziecko niepełnosprawne lub też na skutek wypadku czy choroby dziecko wyląduje na wózku inwalidzkim, dla rodziców jest to wielki szok. Nie wiedzą, jak mają się zachowywać wobec dziecka. W dzisiejszych czasach jest dużo lepiej, niż było kiedyś, w czasach mojego dzieciństwa. Nie było wtedy w Skierniewicach stowarzyszeń osób niepełnosprawnych, ani ośrodków, gdzie można byłoby uzyskać niezbędną wiedzę. Zazwyczaj osoby niepełnosprawne nie wychodziły z domu. Często oddawano je do zakładów pomocy społecznej, co sugerowali rodzicom lekarze. Mówili, żeby oddać dziecko i postarać się o następne, a oni pomogą, żeby urodziło się zdrowie i sprawne. Rodzice pozostawali z problemem niepełnosprawności swojego dziecka i nie mieli znikąd żadnej pomocy. Inaczej jest w dzisiejszych czasach. Są czasopisma, poradniki, internet. Są stowarzyszenia i ośrodki rehabilitacyjno-opiekuńcze, gdzie można uzyskać poradę, pomoc, wiedzę, jak należy rehabilitować dziecko niepełnosprawne i jak je wychowywać.

Każde dziecko niepełnosprawne ma rozum i na swój sposób wszystko czuje, chociaż nie może tego wyrazić słowami, ani gestem. Choć jest ono jak roślina, to wszystko odczuwa po swojemu, każdy ruch, gest rodzica lub innej osoby.

Miałem to szczęście, że traktowano mnie w domu jak zdrowe i sprawne dziecko. W miarę moich możliwości musiałem wykonywać różne czynności. Jak byłem mały mama pracowała chałupniczo – szyła worki z materiału. Miałem wtedy chodzik ze stoliczkiem, na którym leżały kawałki materiałów przygotowane do szycia. Siedziałem w chodziku i podawałem je mamie. Kiedy mama prała i wkładała ubrania do pralki, to moja rola polegała na tym, że segregowałem je. Chodziłem na czworaka i rozkładałem ubrania po całym mieszkaniu, przy tym bawiłem się w kolejki. To była zabawa na miarę czasów PRL-u. Ciuchy były ludźmi, którzy czekali w kolejce do sklepu. Mama nie brała sama ubrań z podłogi, podawałem je jej do ręki. Kilka razy również prałem swoje bluzki w wannie. Klękałem przy niej i bawiłem się w wodzie – przeciągałem ubrania z jednej strony wanny na drugą i z powrotem. Łączyłem przyjemne z pożytecznym, bo zabawa była dla mnie przyjemna. Wtedy moje kolana nie były tak delikatne, jak zrobiły się obecnie, a więc mogłem sobie chodzić na czworaka po całym domu. Czasami przed świętami prałem dywan. Mama nalewała wodę z płynem do miski, dawała mi szczotkę do ręki i prałem. Mamie nie przeszkadzało, że szło mi wolno, i że dywan suszył się przez kilka dni. Ważne było dla niej, że ćwiczyłem sobie ręce i miałem zajęcie. Kiedy wyrabiała ciasto na pierogi, to robiła dwie kuleczki, jedną wyrabiała sama, a drugą dawała mi do ćwiczenia rąk.

Kiedy miałem 5 lub 6 lat, zacząłem mieć własne zdanie na temat ubierania się. Kiedy mama chciała za mnie zdecydować, co mam założyć, buntowałem się. Czołgałem się lub szedłem na czworaka do szafy, otwierałem ją i wyciągałem to, co mi się podobało. Takim byłem gagatkiem. Obecnie mama wyjmuje mi z szafy kilka bluzek, bądź otwiera ją i pyta, którą bluzkę wolę oraz jakie spodnie mi założyć.

Dzisiaj nie tylko wspólnie decydujemy z mamą, w co mam się ubrać, lecz także w innych sprawach domowych. Od dziecka chodziłem z mamą do sklepów. Bardzo lubiłem chodzić na zakupy, co zostało mi do dzisiejszego dnia. Jak tylko zobaczyłem kolejkę przed sklepem, to kręciłem się w wózku, hamowałem nogami, bo uważałem, że jak kolejka stoi, to musi być coś ciekawego i dobrego do kupienia.

Kiedy byłem dzieckiem, bałem się ludzi w białych fartuchach. Nawet rehabilitantki w ośrodku na ul. Ożarowskiej w Warszawie, gdzie często jeździłem, zdejmowały fartuchy, żeby móc ze mną poćwiczyć. Bałem się też ekspedientek w sklepach. Jak tylko zobaczyłem sprzedawczynię w białym fartuchu, to zaczynał się płacz. Ludzie stojący w kolejce przepuszczali mamę trzymającą mnie na rękach, aby mogła kupić bez kolejki. Jak wychodziliśmy ze sklepu z zakupami i nie widziałem już sprzedawczyni w białym fartuchu, to przestawałem płakać. Kiedyś pewna pani w kolejce obserwując mnie powiedziała: Jaki mądry dzieciak, zanim kupił to płakał, a jak już kupił bez kolejki to przestał! Przypuszczam, że wielu ludzi myślało, że jestem sprytny i cwany dzieciak. Skąd mogli wiedzieć, jaki jest prawdziwy powód mojego płaczu.

Do dzisiejszego dnia chodzimy wspólnie z mamą po zakupy i razem decydujemy, co kupić, co będzie na śniadanie, obiad i kolację. Zdarza mi się robić sprawunki przez internet.

Chodziłem z mamą po zakupy i na spacery. Na spacery chodziłem czasami z tatą, bo on też nie wstydził się mnie. Kiedy tylko mógł, to zabierał mnie ze sobą wszędzie. Grał ze mną w warcaby, karty, wycinał z gazet zdjęcia piłkarzy i przyklejał mi je do albumu. To również było dla mnie pewną formą edukacji.

Mama nie traktowała mnie jak osobę niepełnosprawną, chociaż wytykano jej, że jest jak macocha, a nie kochająca mama. Gdy sobie zasłużyłem, bo coś narozrabiałem, to dostawałem za swoje. Dobrą lekcją samodzielności było dla mnie to, że zostawałem sam w domu, gdy mama pracowała, lub musiała wyskoczyć po coś do sklepu. Zawarliśmy umowę, że będę otrzymywał od mamy kieszonkowe w zamian za to, że zostanę sam w domu. Nie zawsze byłem grzecznym dzieckiem. Przychodziły mi do głowy różne głupie pomysły. Kiedy siedziałem sam w domu, często otwierałem sobie lodówkę i wyciągałem kawałek kiełbasy. Któregoś dnia wpadłem na pomysł, żeby nakarmić chomika. Wyjąłem z lodówki marchew i włożyłem mu ją do klatki. Wyciągnąłem również z szafki torbę z ziarnami owsa i chciałem wsypać do klatki. Rozsypałem je po całej kuchni, więc wziąłem szczotkę i szufelkę i zacząłem zamiatać, ale zrobił się jeszcze większy bałagan i mama musiała sprzątać całą kuchnię. Nie mówiąc już o tym, że chomik wyszedł z klatki, gdyż zostawiłem ją otwartą.

W porze wiosenno-letniej, kiedy mama myła schody w bloku, stałem w wózku przed klatkami i pilnowałem wiadra. Kiedy mama sadziła kwiatki na klombie lub grabiła siano przed blokiem, to leżałem sobie na kocu na trawie. Jak mama miała wolną chwilę, to brała mnie na kolana i razem kolorowaliśmy malowanki, czytała mi książeczki, rozmawiała ze mną. Później zacząłem rysować na dużych kartonach bloku technicznego. Polegało to na tym, że kładłem się na boku na dywanie i lewą ręką rysowałem trzymając w niej kredkę lub ołówek. Kiedy próbowałem się podpisać, stawiałem duże koślawe litery. Pisałem je od końca, od prawej do lewej strony. Od ostatniej literki do pierwszej. Jak mi to wychodziło, tak wychodziło, lecz umiałem się podpisać. Powstało też kilka fajnych rysunków, które mama zachowała na pamiątkę do dnia dzisiejszego. Kiedy mama wychodziła do pracy lub do sklepu, mówiłem, że nie zostaję sam, tylko z Bogiem. Takie było moje przekonanie.

Pewnego razu na warsztatowych zajęciach próbowałem malować farbami. Z pomocą koleżanki Lidki, która cały czas była przy mnie i podawała mi na przemian paletę z farbami i słoik z wodą, powstał jedyny mój obraz namalowany w warsztacie. Niestety ktoś musi cały czas przy mnie być, aby pilnować, żebym nie wylał wody, włożyć mi do ręki pędzel, jeśli z niej wypadnie, a w warsztacie jest za mało pracowników, żeby zająć się tylko mną. Jakbym miał asystenta osoby niepełnosprawnej, to bym może częściej próbował usprawniać ręce i rozwijać się w tej dziedzinie.

Czasami próbowałem również ubierać się i samemu jeść. Wychodziło mi to bardzo słabo i zajmowało dużo czasu. Najlepiej wychodziło mi zakładanie podkoszulki i bluzki lub swetra wkładanego przez głowę. Siadałem sobie na piętach i wciągałem sweter przez głowę, a następnie wkładałem ręce w rękawy. Gorzej było z majtkami i spodniami. Leżąc na plecach na łóżku i próbowałem wcelować stopę do otworu w majtkach czy do nogawki. Z boku wyglądało to może okropnie, ale tylko w taki sposób mogłem zakładać ubrania. Schodziło mi się z tym bardzo długo i nie zawsze się udawało. Ubieranie zajmowało około 40-60 minut i teraz już tego nie robię. O założeniu sobie skarpet czy butów nie ma mowy.

Kromek chleba, ciasta, ciasteczek, paluszków nie dam rady samemu zjeść. Zupy też sam nie zjem, ponieważ wyleje się zanim doniosę łyżkę do ust. Lecz z pączkiem, suchą bułką, parówką, kiełbasą dam sobie pomału radę, bo nawet jeśli ścisnę je, to nie pokruszę. Przyznam się, że w dzieciństwie znacznie częściej jadłem samodzielnie, niż obecnie. Pewnie z powodu braku czasu i starości.

W dzieciństwie mama uczyła mnie jak jeść ziemniaki łyżką. Pełno było wszędzie rozsypanych ziemniaków, ale kilka razy udało mi się donieść do ust łyżkę. To był duży sukces. Mama poświęcała mi dużo czasu i miała cierpliwość, no i musiała później posprzątać po moim jedzeniu.

Często rodzice dziecka niepełnosprawnego albo pracują, albo mają inne sprawy na głowie. Żeby było szybciej wyręczają je w podstawowych czynnościach. Często mówią, że ich dziecko nie nadaje się do niczego i równie często okazuje się to nieprawdą. Znam kilka takich przypadków, że rodzice zrobili krzywdę obdarzając swoje dziecko nadopiekuńczą miłością, której skutki widać do dzisiaj. Wiadomo, że nie każde dziecko niepełnosprawne potrafi wykonać wszystkie czynności przy sobie, bądź wypełniać obowiązki domowe. W miarę możliwości trzeba jednak pozwalać mu na drobne czynności domowe takie jak: sprzątanie, robienie pierogów oraz na mycie się, ubieranie, decydowanie o tym, w co się ubrać. Dzięki traktowaniu na równi ze zdrowymi i sprawnymi, niektóre dzieci niepełnosprawne mają szansę skończyć szkołę i studia, a także podjąć pracę. Zdarzają się też przypadki, że osoba niepełnosprawna nie zaczęła edukacji, gdyż rodzice uważali, że nie nadaje się do nauki.

Moim zdaniem najczęstszym błędem rodziców jest wyręczanie osoby niepełnosprawnej w tym, co może zrobić sama i uzasadnianie, że w ten sposób będzie szybciej, łatwiej, i że dziecko nie będzie się męczyć. Kiedy zabraknie rodziców, zabraknie „parasola ochronnego”, który nad nim rozkładają i dorosłemu już dziecku będzie trudno przystosować się do warunków, w jakich się znajdzie.

Rodzice często zastanawiają się, co dalej stanie się z ich dzieckiem, jaka czeka je przyszłość, czy poradzi sobie w życiu, ale raczej nie zastanawiają się jakie błędy zrobili, gdzie je popełnili. Warto pomyśleć nad tym, co należy zrobić, żeby naprawić te błędy, które się popełniło. Niektóre da się jeszcze naprawić, choćby pozwalając swojemu dziecku samodzielnie się ubrać, umyć oraz pomagać przy obowiązkach w domu w miarę jego możliwości.

Zawdzięczam tylko mamie, że dzisiaj jestem taki, jaki jestem. Zrobiła wiele w moim dzieciństwie, kładąc nacisk na moją sprawność nie tylko ruchową, lecz także umysłową.

Dziękuję Ci Mamo, że wychowałaś mnie na inteligentnego i kulturalnego człowieka oraz traktowałaś mnie jak zdrowie i sprawne dziecko. Oby wszyscy rodzice traktowali swoje dzieci tak, jak moja mama mnie, czyli na równi ze sobą.

Tomasz Skoneczny

Artykuły powiązane

Copyright © 2007 - 2017  ESTET

Register

User Registration
or Anuluj