A+ A A-

Wesele XXI wieku czyli warszawiak w remizie

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

 Pamiętam, jak po projekcji filmu Wojtka Smarzowskiego pt: „Wesele” rozległy się głosy oburzenia, że film jest bardzo przejaskrawiony, że takich wesel nie ma, że to ogłupianie widzów.

 

Niestety, okazuje się, że takie wesela są – i to całkiem blisko nas, a film „Wesele” wcale nie wykorzystał wszystkich możliwości, jakie niesie ze sobą impreza weselna. Być może Smarzowski znalazł się przypadkiem na takim weselu na prowincji, podobnie jak mój znajomy. Kolega pochodzący z „dziada-pradziada” z inteligenckiej warszawskiej rodziny uczestniczył pierwszy raz w życiu w prawdziwym wiejskim weselu. Odbywało się ono niedaleko Skierniewic. Wesela takie znał do tej pory jedynie z opisów w książkach. Przeżył więc coś w rodzaju szoku kulturowego.

 

Pocałunek z kluskami

 

Pierwsze, co go zaskoczyło to liczba zaproszonych gości. Wesele było urządzone w remizie strażackiej „na” około trzysta osób. W tej okolicy na imprezę zaprasza się prawie całe okoliczne wsie. Stąd przekrój wiekowy – od sędziwych staruszek w chustkach na głowach do ryczących niemowlaków.

Drugie zaskoczenie – młodzi, całkiem eleganccy ludzie mówili gwarą. I to jaką. „Chłopi” Reymonta przy nich wysiadają. Potem już kolega był zaskakiwany co chwilę.

Przeżył momenty grozy, gdy podczas konsumpcji gorącego rosołu z „okami” goście zaczęli krzyczeć: „Gorzko! Gorzko!” Na to hasło pan młody z ustami pełnymi klusek przyciągnął do siebie swoja połowicę (również międlącą kluski) i namiętnie ją ucałował. „Numer z kluskami” powtórzyli starsza druhna z drużbą.

Śpiewy („Ten krążek, złoty krążek...”), tańce, robienie fali przy stołach i staranne unikanie człowiek aż kamerą wideo minęły koledze szybko i bezboleśnie. Około północy zaczęło się robić ciekawie. Nadeszły oczepiny.

 

Hiszpańska muszka

 

Nieszczęsny warszawiak, jako wieczny kawaler załapał się do wianuszka nieżonatych mężczyzn, chłopców i dzieci płci męskiej pląsających wokół pana młodego rzucającego swoją muszkę. Gwoli wyjaśnienia, jeśli ktoś nie wie: kawaler, który złapie muszkę, najwcześniej się ożeni, a jakby tego szczęścia jeszcze było mało, to jeszcze zatańczy z kobietą stanu wolnego, która złapała welon panny młodej.

Kolega słabo walczył, więc muszki nie złapał. Szczęśliwym posiadaczem tej ozdoby stał się sprytny ośmioletni (na oko) chłopczyk, który w konsekwencji tego czynu zatańczył w parze z dwudziestokilkuletnią, wysoką panną – zdobywczynią welonu. Po tańcu kawaler od muszki powinien pocałować w usta pannę od welonu – aby tradycji stał się zadość. Dziewczyna (pijana czy niemądra?) była nawet chętna i ostro ruszyła do ataku, ale nieletni kawaler widząc co się dzieje dał nogę z sali weselnej.

 

Jajo w nogawce

 

Muzykanci zarządzili gry i zabawy ruchowe dla gości polegające na: rozpoznawaniu pana młodego po nosie (panna młoda z zawiązanymi oczami dotykała kilku podstawionych męskich nosów), rozpoznawanie panny młodej po kolanie (podobna zasada), celowanie papierosem na sznurku w otwór butelki po piwie, ganianiu się w kółko w różnych konfiguracjach. Podczas jednej z zabaw trzeba było stojąc w kole łapać sąsiadów z obu stron za nosy, łokcie, kolana, pośladki, biusty. Wszyscy się bardzo z tego cieszyli, poza zażenowanym kolegą. Mając świadomość popełnianego nietaktu, chcąc nie chcąc, końcami palców dotknął biustów sąsiadek. Jedna z nich zacisnęła mocno jego dłoń na swoim bujnym cycu z przyganą: „No, coś pan taki wstydliwy!”

 

Maszyna do robienia dzieci

 

Po tych przeżyciach kolega opadł na krzesło i zajął się kotletem. Jednak nie dane mu był zjeść w spokoju, bo zaczęła się najlepsza część oczepin – przyśpiewki i dawanie młodej parze specyficznych „prezentów”.

Weselni muzykanci wspierani wokalnie przez wiejskie specjalistki od robienia oczepin oraz przez grupę podpitych mężczyzn przebranych za Cyganki (?) przygrywali coraz to sprośniejsze kawałki w kierunku młodej pary i świadków. Młoda para, ku wielkiemu zdziwieniu kolegi, była bardzo zadowolona z takiego show. Ich radość wzmogła się jeszcze bardziej, gdy do dosadnych przyśpiewek dołączono symboliczne prezenty: jakieś stare szmaty, wiadro, kalosze, kawałek cebuli (żeby panna młoda smarowała nią panu młodemu to i owo – chyba od uroków), ogórka (niby dla panny młodej, gdyby pan młody zawiódł) oraz „gwóźdź programu” – maszynę od robienia dzieci. Maszyna do robienia dzieci składała się z ułożonych na półmisku dwóch jajek na twardo i kawałka kiełbasy.

 

Biegnący wąż

 

Kolegę nawet to wciągnęło i zastanawiał się co jeszcze myśl lokalna jest w stanie wymyślić. W tych filozoficznych rozważaniach przeszkadzała mu pewna „kuma” – głównodowodząca oczepin, która śpiewała, śpiewała i przestać nie mogła.

Po tej części artystycznej biedny warszawiak wciąż nie mógł dojeść zimnego już kotleta, bo tłum porwał go do „węża”. Kolega trzymając za ręce – z jednej strony jakąś zażywną niewiastę, z drugiej dobrze już wstawionego gościa – biegł w rytm muzyki disco polo jak jedno z ogniw „węża”. Biegł przez wszystkie pomieszczenia remizy, korytarz, kuchnię, wokół remizy, przez kawałek drogi, pola i lasu, parking, wokół drzew, stołów. Biegł i biegł, już myślał, że dobiegnie do Warszawy (i zły sen się skończy), ale nagle „wąż” się rozerwał i zziajany kolega znalazł się w okolicy swojego krzesła.

                   Przejażdżka z cielakiem

Resztę nocy kolega przesiedział w kącie udając, że się upił i drzemie. Kiedy ranne wstały zorze zrobiło się zamieszanie. Pod remizę przyjechał traktor z przyczepą, na której były jakieś rupiecie, wózek dla lalek, wystraszony żywy cielak, kury w klatce i szamoczący się pies. Do tej menażerii wsadzono państwo młodych i traktor odjechał w asyście orszaku gości. Wcześniej goście dostali od gospodarzy po butelce wódki weselnej. Okazało się, że cały ten happening to były symboliczne „przewoziny” z domu panny młodej do domu jej męża.

Kolega wrócił do Warszawy z butelką wódki weselnej, kawałkiem słodkiego tortu i żółtym balonem. Mimo, że od tamtego wesela minęło już sporo czasu wciąż jest w szoku (kulturowym), a w głowie kołacze mu weselna przyśpiewka: „Oj, ruchne ja se ruchne, oj na weselu druhne. Oj bedzie pamiętała, jakie wesele miała.”

 

Wysłuchała i spisała Aneta Kapelusz

 

strony > ROZRYWKA i SPORT

Copyright © 2007 - 2017  ESTET

Register

User Registration
or Anuluj