A+ A A-

Moja pierwsza praca

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

Było gorące czerwcowe popołudnie 1959 roku, gdy po złożeniu ostatnich egzaminów, pędziłam do domu jak na skrzydłach. Mimo moich siedemnastu lat - byłam dorosła! Zdobyłam świadectwo dojrzałości i to nie byle jakie. Bez jednej trójki, za to z kilkoma piątkami. Wśród nich - ta najważniejsza - z matematyki!

Mama i ciotki ucieszyły się moim sukcesem, ale nie wywołał on jakiegoś nadzwyczajnego entuzjazmu. Ot, po prostu, mam maturę i już. Po kilku dniach moje emocje opadły i musiałam pomyśleć, co dalej. Koleżanki, z których wiele postanowiło uczyć się na różnych uczelniach w Warszawie lub Łodzi, dziwiły się, że rezygnuję z szansy kontynuowania nauki, mimo tak dobrego świadectwa! Ja jednak postanowiłam podjąć pracę! Moja decyzja była nieodwołalna. Miałam swoje powody, by tak postąpić, ale nie czas teraz o tym wspominać. Po kilku latach co prawda bardzo żałowałam, że nie wykorzystałam swoich możliwości, ale cóż, było, minęło!

Zdobycie pracy okazało się wcale niełatwym przedsięwzięciem. Pomogła Mama. Dowiedziała się, że w kolejowym telegrafie jest wolny etat i może uda się właśnie tam mnie umieścić. Zapaliłam się! Znałam to miejsce, bywałam tam czasem, wiedziałam zatem, mniej więcej, co mnie czeka. Podobało mi się pomieszczenie i pracownicy, choć o pracy nie miałam bladego pojęcia. Trochę się bałam, ale przecież nie święci garnki lepią. Marzyłam, żeby dostać tę pracę!

Rozpoczęłam żmudną drogę „załatwiania”, chodzenia po różnych „instancjach”, aż po kilku dniach zdobycie posady wreszcie miało stać się faktem. Pokonałam wszystkie trudności. Pozostała tylko wizyta u lekarza zakładowego, czyli badania wstępne. Wydawało się to czczą formalnością, a jednak o mało nie przekreśliło moich marzeń. Czułam się jak lisek w bajce Mickiewicza, co to już był w ogródku, już witał się z gąską, gdy niespodziewanie musiał obejść się smakiem. Ze mną było podobnie. Lekarz zakwestionował stan mego zdrowia, a „kolej” nie chciała przyjmować do pracy ludzi z jakimiś „felerami”, bo etat kolejowy, to było prawie małżeństwo, układ na całe życie.
W razie choroby pracownik był bezpłatnie leczony, otrzymywał jakieś odszkodowania itd., więc selekcja kandydatów była dość ostra.

Zawiniły moje płuca. W czasie, kiedy gruźlica miała postać epidemiczną, o kontakt z nią było łatwo, a ten, jeśli nawet nie doprowadzał do choroby, pozostawiał w płucach zwapnienia, które aparat rentgenowski wykrywał nieomylnie. Tak właśnie było ze mną. Miałam zwapnienia!

Chodziłam od lekarza do lekarza. Byłam zupełnie zdruzgotana, aż wreszcie trafiłam na mądrego człowieka, który powiedział, że nie widzi przeszkód w zatrudnieniu mnie na kolei, bo będę żyć z tymi zwapnieniami do starości i umrę z pewnością, podkreślił to słowo - z pewnością, z całkiem innego powodu. Nie wierzyłam własnym uszom. Lekarz wyciągnął mnie
z okropnego dołka psychicznego, bo przecież prawie mi wmówiono, że nadaję się tylko do trumny.

Pracę podjęłam trochę nietypowo, bo w połowie miesiąca to znaczy 14 września. Pierwszego dnia szłam z bijącym sercem, przejęta i wystraszona. Wiedziałam, że za chwilę znajdę się wśród dziewięciu dorosłych osób, że panie są zamężne i mają już dzieci, a panowie to miły pięćdziesięciolatek i trochę dziwny młodzieniec o imieniu Rysio. Na czele tej grupy stoi kierownik, bardzo poważny, choć młody, pan Eugeniusz, który trzyma to towarzystwo żelazną ręką, w czym pomagały mu surowe przepisy kolejowe, ale o tym potem.

Zastanawiałam się jak to zacne grono będzie traktować taką nieopierzoną dzierlatkę. Okazało się, że koleżanki, choć o wiele starsze ode mnie, przyjęły mnie dość miło, a panowie nie wykazali większego zainteresowania moją osobą.

Dobre wrażenie zrobił na mnie duży słoneczny pokój, na pół przedzielony oszkloną ścianą, oddzielającą tak zwaną centralę od telegrafu. Wskazano mi szafkę na moje rzeczy, pokazano aparaty i urządzenia do łączności. Otrzymałam potrzebne do pracy ołówki, gumki i inne drobiazgi, a także służbową odzież ochronną. Był to trochę przyduży na moją nieokazałą wówczas sylwetkę granatowy, satynowy fartuch. Poczułam się prawie jak w szkolnym mundurku. Powiedziano mi, że muszę słuchać we wszystkim starszych pracowników, a przede wszystkim kierownika i rozpoczął się trudny okres szkolenia zawodowego.

W ciągu kilku miesięcy musiałam opanować potrzebną, ale i całkiem niepotrzebną do pracy wiedzę. Wkuwałam przepisy ruchu pociągów, sygnalizacji czyli wszystkich kombinacji związanych z nowymi semaforami świetlnymi świecącymi w zależności od potrzeb jednym z trzech kolorów: czerwonym, zielonym lub pomarańczowym, także tymi starymi z podnoszonymi i opuszczanymi ramionami. Wbijałam w głowę układy świateł manewrowych, choć pojęcia nie miałam co to jest manewrowanie. Musiałam zapoznać się z dziesiątkami przepisów, czasem bardzo szczegółowych i zawiłych o pociągach, wagonach, przetaczaniu, zwrotnicach i nastawniach. To była dla mnie po prostu „chińszczyzna”. Ale cóż, jeśli chciałam być telegrafistką – musiałam to wszystko wykuć.

No i oczywiście uczyłam się tego, co konkretnie dotyczyło mojej pracy. To było o wiele ciekawsze. Zaczęłam od obsługi centrali telefonicznej, czyli łącznicy. Po kilku dniach moje starsze koleżanki zorientowały się, że radzę sobie całkiem nieźle, więc pozwalały mi odbierać telefony i łączyć rozmowy, a same mogły w tym czasie oddawać się rozmowom o dzieciach, gotowaniu etc. Moje ucho nieprzyzwyczajone do telefonu, często z trudem wyławiało docierające z oddali głosy. Kolejowa sieć telefoniczna obejmowała cały kraj, można było dzwonić w dowolne miejsce. Pocztowych połączeń międzymiastowych dokonywała telefonistka i czasem trzeba było na nie bardzo długo czekać, a na kolei wystarczyło wykręcić tarczą telefonu numer kierunkowy, a potem numer abonenta i już można było rozmawiać. Bardzo mnie to cieszyło. Dzwoniłam do Warszawy, Koluszek, Łodzi, a czasem do Szczecina lub gdzieś równie daleko i słuchałam miłego, nagranego na taśmie głosu, powtarzającego „dyrekcja Warszawa”, „dyrekcja Warszawa” lub „centrala Łódź” albo jeszcze jakieś inne słowa. Dzwoniłam także do zegarynki i z upodobaniem wysłuchiwałam podawanego czasu. Cóż to była za frajda. Koleżanki patrzyły na mnie z politowaniem. One już dawno przestały się tym bawić. Mnie zresztą też wkrótce minęła ochota na takie eksperymenty.

Jakże wydaje się to zabawne w dobie automatyzacji i informatyzacji w telefonii, w dobie aparatów komórkowych! Prawie pięćdziesiąt lat, które upłynęły od czasu gdy zaczęłam pracować, całkiem odmieniły rzeczywistość. Nie wiem, co prawda jak obecnie wygląda praca w kolejowym telegrafie i czy w ogóle takowy istnieje, ale z całą pewnością jest zupełnie inaczej niż wówczas.

Wkrótce zaczęłam uczestniczyć w najważniejszych zajęciach czyli przyjmowaniu i nadawaniu telegramów, mówiło się wtedy - depesz, z centrali w Warszawie, Łodzi lub Koluszkach. Do tego służył tak zwany dalekopis firmy Teletyp. Było to zwaliste urządzenie, trochę przypominające wielką maszynę do pisania. Pisało to cudo tylko wielkimi literami, okropnie hałasowało, zwłaszcza, gdy telegrafistka nadająca depeszę biegle umiała uderzać w klawisze. Następnie trzeba było ręcznie sporządzić odpowiednią ilość kopii, czyli przepisać tekst na specjalnych blankietach, koniecznie kopiowym ołówkiem, bardzo mocno przyciskając, by siódma a czasem nawet ósma kopia była czytelna. Od ołówka miałam wielki, nie dający się zlikwidować, odcisk na palcu. Następnie należało zaadresować wszystkie te druki do odpowiednich placówek. Potem starsza kobieta, pracująca jako goniec, czyli doręczyciel, szła z tymi depeszami, dokąd było potrzeba, a więc do zawiadowcy stacji, dyżurnego ruchu, dyspozytora parowozowni, ekspedycji kolejowej, odcinka silnoprądowego, odcinka łączności, odcinka zabezpieczenia  jeszcze wielu innych, których nazw już nie pamiętam.

Praca w telegrafie trwała całą dobę. Jednak panie doręczycielki w nocy nie pracowały, więc jeśli depesza była bardzo pilna, przekazywana była telefonicznie, a kopia wręczana adresatowi dopiero rano. Miejscowe placówki także dostarczały teksty depesz nadawanych przez siebie, a my musieliśmy przesłać je gdzie trzeba, zgodnie z adresem.

Ku mojemu utrapieniu pan kierownik postanowił, że będę uczyła się pisać na dalekopisie wszystkimi palcami, na dodatek nie patrząc na klawiaturę. Mówił, że to metoda bezwzrokowa, która bardzo ułatwi mi pracę. Dostarczył odpowiedni podręcznik i... koniec dyskusji! Próbowałam się uczyć jak kazał, ale wcale mi to nie szło. Z zazdrością patrzyłam na moje koleżanki błyskawicznie wystukujące tekst dwoma palcami, a ja męczyłam się i robiłam to kilkakrotnie wolniej. Wreszcie poddałam się i ku niezadowoleniu szefa też zaczęłam pisać jak one i tak mi już zostało. W dalszej karierze zawodowej przez wiele lat pisałam na maszynie do pisania - też dwoma palcami, teraz korzystam z komputera i choć idzie mi nieźle, z pewnością nie zostanę mistrzynią szybkiego pisania, wciąż piszę tak samo.

Oprócz dalekopisu były także dwa aparaty Morse'a. To dopiero była łamigłówka! Skomplikowane urządzenie składało się z układu dźwigienek, przesuwającej się wąskiej papierowej taśmy, korytka z atramentem, kółeczka rysującego i jeszcze paru innych detali. Wszystko to tworzyło całość, dzięki której można było przesyłać na odległość depeszę, posługując się alfabetem Morse'a, tak nazywał się wynalazca zarówno aparatu jak i alfabetu. Kto jeszcze (oprócz marynarzy i harcerzy) wie, że przy pomocy kresek i kropek, ułożonych
w odpowiedniej ilości i kolejności, można było napisać każdy tekst. To nie było proste. Na przykład litera a to kropka i kreska .- , b to kreska i trzy kropki -... , r to kropka kreska kropka .-. i tak dalej, i tak dalej. No i oczywiście jeszcze cyfry! Należało znać te znaki bardzo biegle, bo aparat nie czekał. Trzeba było błyskawicznie je wystukiwać. Chyba dobrze się ich nauczyłam, skoro nadal potrafię przypomnieć sobie prawie wszystkie.

Żeby przekazać tekst trzeba było uruchomić taśmę, a potem przyciskając specjalną dźwigienkę zwaną kluczem, znaczyć tuszem na białej taśmie te nieszczęsne kropki i kreski, które musiały mieć odpowiednią długość, żeby nie myliły się ze sobą, bo wtedy tekst był nieczytelny. Przecież na odległym od nas aparacie zaznaczały się takie same znaki i tamtejszy telegrafista musiał je właściwie odczytać, a potem przysłać tą samą drogą potwierdzenie, że tekst dotarł. Jednym słowem „wyższa szkoła jazdy”.

W sprawie korzystania przez nas z tego aparatu najwięcej do powiedzenia miał nasz najstarszy kolega, pan Edward. Był to niewysoki siwowłosy pan o przemiłej powierzchowności, zawsze z fajką w ręce, z której pykał, rozsiewając dość miły aromat tytoniu fajkowego. Pracował na kolei jeszcze w czasach, gdy w pomieszczeniu dyżurnego ruchu siedział telegrafista, bardzo ważny pracownik, bo cały ruch pociągów był zapowiadany i prowadzony właśnie przy pomocy aparatu Morse'a. Czyli bez telegrafisty ani rusz. Pan Edward, dzięki wieloletniemu doświadczeniu, miał obsługę aparatu w tak zwanym małym palcu. Powiem więcej! Upajał się wprost pracą na tym aparacie, a wystukiwane przez niego kropki i kreski miały idealny wygląd. To był po prostu majstersztyk! Dzieło sztuki telegraficznej! Nikt z nas nie mógł równać się z nim w jego kunszcie, tym bardziej, że nikt z nas nie przykładał się zanadto do tej pracy i najczęściej, idąc na łatwiznę, podawał depeszę zamiast na aparacie – przez telefon, oczywiście tylko wtedy kiedy pana Edwarda nie było w pobliżu.

Do dziś mam w oczach pana Edwarda, stojącego przy aparacie (na siedząco nie dało się pracować). Lewą ręką trzyma fajkę, a prawą naciska z pewną nonszalancją dźwigienkę aparatu. To był niewątpliwie ostatni mistrz w tej dziedzinie.

Po zdobyciu sporej porcji zawodowej wiedzy, a trwało to równo pół roku, przyszedł dzień na złożenie egzaminu. Pojechałam, dla dodania sobie animuszu razem z Mamą do Łodzi, bo tam mieścił się Oddział Przewozów, gdzie miałam uzyskać lub nie, pozwolenie na dalszą pracę.

Gmaszysko było ogromne, mieściło się przy ulicy Zachodniej. Mimo, że nie znałyśmy miasta, jakoś udało nam się tam dotrzeć i wtedy zaczęły się „schody”! Długie korytarze, jakieś przejścia, znowu korytarze, schody, numery na drzwiach jakby nie po kolei, znowu korytarze, znowu schody! Czułyśmy się jak Tezeusz w kreteńskim labiryncie. Bezradnie biegałyśmy w tę i z powrotem, i pamiętam, że kiedy dotarłyśmy do właściwego pokoju, byłam już tak skołowana i zmęczona, że nawet przestałam bać się egzaminu.

Pan, który mnie przepytywał, okazał się łagodnym człowiekiem i chyba trochę dla mojej młodości wyrozumiałym. Zwłaszcza pytania o sygnalizację kolejową były całkiem ulgowe.
Z innymi też jakoś sobie poradziłam. I wreszcie usłyszałam upragnioną decyzję. Była pozytywna. Mogłam pracować bez opiekunów, ale musiałam robić to z całą odpowiedzialnością, bo moja praca była bardzo ważna dla pociągów i innych pracowników kolei. Wiele ode mnie zależało. Tak mi egzaminator powiedział.

Budynek, w którym pracowałam był nowy, duży i jak na owe czasy świetnie wyposażony. Była bieżąca woda, sanitariaty, centralne ogrzewanie, jednym słowem – luksus. Ponieważ mieściło się tam jeszcze kilka innych placówek, drzwi wejściowe otwarte były od godziny 7.00 do 15.00, a potem zamykano je i trzeba było za każdym razem, gdy ktoś dzwonił, schodzić z pierwszego piętra, by je otworzyć. Dzięki zamkniętym drzwiom czuliśmy się bezpiecznie, ale nie do końca.

Nasz kierownik i różni wyżsi zwierzchnicy posiadali klucze i czy to ów kierownik, czy kontroler oddziałowy, a nawet dyrekcyjny mógł do telegrafu wejść, kiedy mu się podobało. Nie można więc było w wolnej chwili poczytać książki, porozwiązywać krzyżówki, czy nocą zdrzemnąć się przez chwilę. Zgodnie z zaleceniami, trzeba było studiować przepisy, przypominać sobie zasady działania różnych urządzeń, studiować regulaminy, a co najgorsze ostrożnie czyścić, czyli konserwować, obydwa aparaty Morse'a. Po takiej pracy ręce powalane były trudnym do zmycia tuszem.

Szefowie bardzo poważnie traktowali swoje obowiązki kontrolne. Wcale nie było nam do śmiechu, gdy kierownik, któremu podlegały telegrafy od Żyrardowa aż po Radomsko, dzwonił z wiadomością, że właśnie dojechał do Radomska, czyli miejsca odległego o prawie trzy godziny jazdy pociągiem. Jego głos, stłumiony odległością ledwo docierał. Gdy zaczynałyśmy z koleżanką (zawsze na tak zwanej zmianie pracowały dwie osoby) cieszyć się, że przed nami kilka godzin spokoju, otwierały się drzwi i z niezwykle „ważną” miną wkraczał kierownik, bardzo zadowolony  naszego zaskoczenia. Okazywało się, że „chytrusek” dzwonił co prawda ze stacji, ale z naszej i wystarczyło mu zaledwie pięć minut, by do nas dojść. A jego głos w telefonie docierał jakby z oddali, bo w czasie rozmowy telefonicznej przykrył mikrofon chusteczką do nosa. Ot, taki wybieg, by pracowników nakryć na niesubordynacji!

Innym razem, zjawił się niespodziewanie kontroler z łódzkiego oddziału. Był u nas po raz pierwszy i dyżurująca koleżanka nie wiedziała, że ma on nerwowy tik, polegający na mruganiu okiem. Przedstawił się jako taki to a taki szef, mrużąc przy tym, jej się wydawało filuternie, oko. Pracownica wesoło odmrugnęła i żartobliwie coś powiedziała.
I to było jej klęską. Za lekceważenie władzy została ukarana naganą z wpisaniem do akt, co wiązało się z utratą przez kolejne trzy lata tak zwanej trzynastej pensji. Więc kara poważna, niewspółmierna do błahego, bądź co bądź, przewinienia.

Przez pierwsze miesiące pracy bardzo dokuczały mi zegary. Na ścianie wisiały dwie - tak zwane „matki”, napędzające wszystkie znajdujące się na dworcu i nie tylko czasomierze, oraz dwa powtarzacze, potocznie zwane „szczeniakami”. Miały one wskazówki, przeskakujące co minutę o jedną podziałkę.
W ciągu dnia nie słyszało się ich tykania, ale nocą, każdy przeskok brzmiał jak eksplozja. Kiedy grubo po północy ucichł dalekopis, a centrala telefoniczna dzwoniła o wiele rzadziej, zdarzało się, że zmęczone powieki opadały i ogarniała mnie lekka drzemka. Trudno uwierzyć, że drzemka trwała, przez te nieszczęsne „szczeniaki”, krócej niż minutę. Dopiero po wielu miesiącach przywykłam do ich systematycznego łomotu i zdarzało mi się podrzemać troszkę dłużej.

We znaki dawał się także ruch pociągów. Okna naszych pomieszczeń wychodziły wprost na peron. Kiedy wjeżdżały pociągi zatrzymujące się na naszej stacji, nie było to specjalnie uciążliwe, chyba, że miały piszczące hamulce. Ale pociągi pośpieszne, zwłaszcza nocą, wywoływały efekty zbliżone do trzęsienia ziemi. Już z daleka dobiegało dudnienie. W miarę jak „pośpiech” się zbliżał, hałasował coraz bardziej. Gdy mijał budynek, łoskot osiągał apogeum. Wprawiał w wibrację i budynek, i nas. Było to bardzo przykre wrażenie. Powtarzało się dość często i nie sposób było do tego się przywyknąć.

Telegraf musiał być czynny całą dobę, świątek, piątek i w niedzielę. Ja też, po zdaniu egzaminu, byłam wyznaczana na nocną zmianę. Było to dla mojego młodego organizmu bardzo męczące. Ranek, po nieprzespanej nocy, bez względu na pogodę, wydawał się szary, a w ustach czułam okropny niesmak. Nie wiem, jak radziły sobie koleżanki, na które w domu czekały dzieci i codzienne obowiązki, bo ja padałam do łóżka i spałam przez kilka godzin, nim wróciłam do w miarę normalnego życia.

I tak mijały dni, miesiące i lata wypełnione drobnymi sukcesami i niemiłymi wpadkami. Kiedyś nie dopatrzyłam czegoś pisząc tekst depeszy na dalekopisie. Wydaje mi się, że opuściłam jeden rządek liter. Kiedy nazajutrz kierownik sprawdził moją pracę i wykrył błąd, wybuchła afera. Błąd mógł doprowadzić do wypadku kolejowego, o ile pamiętam, do uszkodzenia słupów trakcyjnych, czy coś w tym rodzaju. Na szczęście kierownik zdążył wszystko naprawić, nie ukarał mnie, ograniczył się jedynie do ustnej reprymendy. Byłam mu bardzo wdzięczna, przyrzekłam zwiększyć uwagę i długo, długo przeżywałam swój błąd.

W 1962 roku wyszłam za mąż i wkrótce urodziłam syna. Nie było wówczas urlopów wychowawczych, o miejsce w żłobku było bardzo trudno, a w mojej rodzinie nie miałam nikogo, kto mógłby mi pomóc. Musiałam zrezygnować z pracy.

Pracowałam w telegrafie zaledwie trzy i pół roku. Jednak w tym czasie zdążyłam na dobre dorosnąć, okrzepnąć, zdobyć mnóstwo wiedzy, zawrzeć nowe znajomości i przyjaźnie. Poznałam także pracę w telegrafach w Koluszkach i Łodzi Widzewie, dokąd byłam kilka razy delegowana. W Koluszkach było podobnie jak u nas, ale Widzew zaskoczył mnie zupełnie swoją przedpotopową techniką, a najbardziej - maleńką, ręczną centralką telefoniczną i pomieszczeniem jakby żywcem przeniesionym z XIX wieku.

Przeżyłam w telegrafie wiele lepszych i gorszych chwil. Wdrożyłam się do pracy. Trochę było mi żal z nią się żegnać, a jeszcze bardziej z miłymi koleżankami, a nawet trochę szurniętym kierownikiem Jednak nie miałam wyboru. Najważniejsze było dobro mojego dziecka.

Przez kilka kolejnych lat byłam nianią, kucharką, pomocą domową ale wciąż tęskniłam do pracy. Następną, podjęłam dopiero po siedmiu latach w zupełnie nieznanej mi dziedzinie - w służbie zdrowia. Ale to jest już całkiem inna historia!


Wiesława Maciejak
8 listopada 2008 r.

Artykuły powiązane

  • Życie z zapachem w tle

    Ludzkie zmysły pozawalają na odbieranie najrozmaitszych bodźców. Przyjęło się uważać, że najważniejsze nasze „okna na świat” to wzrok i słuch. Dotyk i smak są jakby mniej cenne, a węch? O, bez niego można się zupełnie dobrze obejść.

  • Dzieje pewnej fotografii

    Na początku lat siedemdziesiątych jako całkiem jeszcze młoda osoba, leżałam w szpitalu w Łodzi. W moim pokoju kurowała się także pani Janina Busiakiewiczowa, przemiła osoba, która lubiła opowiadać o swoim długim, barwnym życiu.

  • Skierniewiccy kolejarze i ich święto

    24 listopada 2012 r. - Święto Kolejarzy

  • Jubileusz 25-lecia PSMK

    Zapraszamy na drugi jesienny „Wieczór w Parowozowni”

  • Moje kolarstwo sportowe

    Zazwyczaj przy porządkowaniu czeluści szuflad, czy biurka trafia się na strzępy małych, pożółkłych zdjęć, czy wycinków prasowych,

  • Jagiellońska - ulica mojego dzieciństwa

    Urodziłam się na Jagiellońskiej, moja Mama też, a Babcia mieszkała tu, z małymi przerwami, od wczesnej młodości.

Copyright © 2007 - 2014  ESTET

Register

User Registration
or Anuluj