A+ A A-

LUBIĘ PRACĘ Z LUDŹMI

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

z Hanną Manterys – psychologiem społecznym
rozmawiał zespół redakcyjny NW

Pasją Hanny Manterys stała się praca z ludźmi. Jest psychologiem społecznym. Prowadzi warsztaty z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. Ma brata Wojtka z zespołem Downa, który ją inspiruje. W lipcu brała udział w projekcie Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, który miał na celu przeprowadzenie badań nad tym, jak funkcjonują Warsztaty Terapii Zajęciowej. Jednym z warsztatów terapii zajęciowej wybranych do badań był WTZ w Skierniewicach. Przez tydzień od 7 do 11 lipca Hanna Manterys prowadziła obserwację w WTZ w Skierniewicach.
Pasją Hanny Manterys jest gotowanie i jedzenie. Przez dziesięć lat była wegetarianką. Uważała, że jej organizm nie potrzebuje mięsa. Obecnie jest wielką miłośniczką kotletów mielonych z marcheweczką.

Agnieszka Skomorow: Czy możesz powiedzieć jak to się stało, że wybrałaś psychologię społeczną?
Hanna Manterys: Kiedyś wzbraniałam  się przed psychologią. Chciałam być socjologiem i iść na studia na ten właśnie kierunek, ale się nie udało. Zdecydowałam się na psychologię społeczną, ponieważ jest jej bardzo blisko do socjologii. Psychologia społeczna jest takim mostem między psychologią a socjologią. Nie żałuję swojej decyzji, ten „most” poprowadził mnie w ciekawe miejsca.
Tomasz Skoneczny: Czym się różni psychologia od psychologii społecznej?
H.M.: Psychologia społeczna bada wpływ otoczenia, innych ludzi na zachowanie, na procesy psychiczne jednostki, czyli innymi słowy bada nas jako człowieka w grupie i to, co się dzieje między nami a grupą. Nie ma tu takiego totalnego skupienia się na człowieku i jego procesach wewnętrznych, jak w psychologii klinicznej, lecz na tym jak jednostka koreluje z otoczeniem, ze społeczeństwem.
T.S.: Jak należy zachowywać się w grupie?
H.M.: Nie ma odpowiedzi na to pytanie. Grupy są różne, ludzie są różni i nie ma przepisu na to, jak odnaleźć się w każdej sytuacji. Gdyby tak było, to byłoby nudno, bo byśmy mieli receptę na każdą sytuację, na każdą relację. Piękne jest to, że nikt nie wie jak należy żyć w grupie, badamy się wzajemnie.
T.S.: Jak to się stało, że skończyłaś szkołę trenerską. Czy możesz przybliżyć co to za szkoła?
H.M.: To było podczas studiów. Robiłam specjalizację w zakresie psychoedukacji. W ramach zajęć przeprowadziłam pierwsze w moim życiu warsztaty. Była to dosyć głęboka woda. Prowadziłam warsztaty o asertywności dla uczniów z podwarszawskich gimnazjów.  Rozmawialiśmy o asertywności, o tym jak przeciwstawić się presji grupy. Spodobało mi się to. Interesująca była zarówno praca z młodzieżą jak i temat. Zaczęłam pytać, co muszę zrobić, żeby być trenerem. Dowiedziałam się o szkole trenerskiej i zapisałam się do niej. To była roczna szkoła warsztatu i treningu psychologicznego. Były to warsztaty psychoedukacyjne wszelkich tak zwanych umiejętności społecznych czyli: asertywności, komunikacji, radzenia sobie ze stresem, integracji. Tam zdobyłam wiedzę jak pracować z grupą, poznałam też różne sposoby, które pozwalają zjednać sobie grupę. W ramach szkoły trenerskiej przeprowadziłam warsztaty z różnymi grupami, i dorosłych, i dzieci. Bardzo dobrze wspominam ten okres.
T.S.: Jak powinno się zjednywać sobie grupę na szkoleniu?
H.M.: Sama bym to chciała wiedzieć. (śmiech) To jest bardzo złożone. Każdy trener ma swoje metody, gorsze bądź lepsze, ale swoje. Ja też mam swoje. Nie są one sztywne.  Jestem takim trenerem, który jest bardzo blisko grupy. Kiedyś było to dla mnie problemem, bo miałam kłopot ze stawianiem granic grupie, za bardzo zjednywałam ją sobie. Choć może tak się nie powinno robić, widzę tego efekty. Grupa fajnie pracuje, dużo wynosimy, czuję się podekscytowana, integruję się z grupą. Uważam, że sposobem na zjednywanie grupy jest bycie w porządku i niewywyższanie się, niekreowanie się na ważną panią trenerkę. Myślę, że to jest klucz.
T.S.: Jakie masz sukcesy trenerskie?
H.M.: Zależy, co nazwać sukcesem. Czy udane szkolenie, czy to, że po szkoleniu ma się poczucie, że zrobiło się coś ważnego. Jeśli chodzi o moją perspektywę, to mogę powiedzieć, że każdy trening, jaki prowadziłam, był dla mnie takim wewnętrznym sukcesem, ponieważ, przełamywałam własne bariery, popełniałam błędy, o których teraz pamiętam i wiem, że ich więcej nie popełnię. Odnosiłam małe wewnętrzne sukcesy. I to jest dla mnie chyba najważniejsze, że po każdym warsztacie, wychodziłam z takim poczuciem, że coś we mnie się zadziało, co powoduje, że jakoś będę szła wyżej. Wolniej bądź szybciej, ale wyżej.
M.R.: Co jest najważniejsze? Co chciałabyś przekazać w pracy trenerskiej?
H.M.: Miałam przyjemność jakiś czas temu prowadzić warsztat z osobami z zespołem Downa w ramach projektu „Pomocna dłoń”, który ma na celu wprowadzać nowe formy zatrudnienia dla osób niepełnosprawnych intelektualnie. Warsztat miał integrować grupę, która będzie w przyszłości ze sobą współpracowała, ale też jego celem była rozmowa o tym, co uczestnicy warsztatu myślą o własnej aktywizacji zawodowej.
Co jest ważne w prowadzeniu takich warsztatów? Wydaję mi się, że przede wszystkim spokój i pozwolenie sobie na to, żeby nie wyrobić się z programem. Czasem można program odłożyć na półkę i darować sobie sukcesy trenerskie, a skupić się na tu i teraz, i dać uczestnikom jakieś poczucie bezpieczeństwa oraz to, że ktoś ich słucha. Nie zawsze realizacja założonych celów jest najważniejsza. Jeśli pogodzimy się z tym i nie będziemy wywierać presji na siebie i uczestników, wtedy ta praca będzie na pewno skuteczniejsza.
M.R.: Co sądzą osoby niepełnosprawne intelektualnie o podjęciu pracy?
H.M.: Podczas warsztatu pytałam właśnie o to, co oni o tym sądzą. Były osoby, które zupełnie nie chciały o tym słyszeć, ale były też takie, które bardzo chciały podjąć pracę, nie mogły się doczekać, kiedy zaczną pracować, były podekscytowane na samą myśl o tym. Miałam jednak wrażenie, że nie do końca miały świadomość, gdzie mogłyby pracować. Raczej mówiły o swoich marzeniach: chciałabym zostać tancerką, aktorką, piosenkarką. Ale przecież każdy z nas ma marzenia, które się spełniają bądź nie.
Założenie jest takie, że warsztaty terapii zajęciowej mają na celu przygotowywać do pracy. Natomiast, jak wiemy z praktyką jest inaczej. W Warszawie są warsztaty, które mają świetne wyniki, jeśli chodzi o zatrudnianie. Są też takie, których uczestnicy tego zatrudnienia w ogóle nie podejmują. Od czego to zależy i do czego będzie zmierzało? Myślę, że właśnie projekt, w którym uczestniczę, doprowadzi do tego, że po części uda się nam odpowiedzieć na to pytanie.
A.S.: Jakie postawy mają rodzice wobec zatrudnienia ich niepełnosprawnych dzieci?
H.M.: Jest to kwestia problematyczna i szeroka. Mogłoby się wydawać, że rodzice będą chcieli, aby ich dziecko podjęło pracę, żeby sobie radziło i żeby się uaktywniało. Ale tak nie jest. Powiem szczerze, że rodzic zaangażowany w aktywizację zawodową swojego dziecka jest rzadkością. Nie wynika to absolutnie ze złej woli, tylko z lęku o własne dziecko, które się kocha i chce się dla niego jak najlepiej. Nie dziwię się temu, bo jest naprawdę wiele przeszkód, wiele barier i trzeba mieć odwagę, żeby im wszystkim stawić czoła. Niestety u nas w kraju zatrudnianie osób niepełnosprawnych intelektualnie wciąż jest rzadkie i spotyka się z bardzo różnymi opiniami. Jest bardzo problematyczną sprawą – jest lęk, są obawy.
Krzysztof Skowroński: Moje marzenie jest takie, żeby wyjść z warsztatu i normalnie pracować tak jak kiedyś. Byłem cukiernikiem i piekarzem.
H.M.: I to jest właśnie cenne – wszyscy jesteśmy indywidualnościami. Bardzo nie lubię generalizowania, że  niepełnosprawni chcą tego albo tamtego. Wiem, że to brzmi jak banał, ale wierzę, że do każdego człowieka czy niepełnosprawnego, czy sprawnego trzeba podchodzić indywidualnie i nie wrzucać niepełnosprawności, wszystkich marzeń, planów i sposobów na życie do jednego worka. To jest po prostu krzywdzące i nieprawdziwe.
T.S.: Doszliśmy do projektu, w którym uczestniczysz. Jaki to projekt i na czym polega?
H.M.: Projekt ma na celu zdiagnozowanie funkcjonowania warsztatów terapii zajęciowej w  Polsce. Badanie ma przebiegać poprzez obserwację, kwestionariusze internetowe, studia przypadku. Założeniem projektu jest stworzenie obiektywnego, wielopłaszczyznowego obrazu jak funkcjonują warsztaty. Ja jestem obserwatorem. Jesteście państwo drugim warsztatem, który odwiedziłam. Projekt trwa do końca lipca.
A.S.: Jakie masz pasje?
H.M.: Odkąd poszłam na studia, podczas których uczestniczyłam w różnych ciekawych projektach, moją pasją stała się praca z ludźmi. Odnajduję się w tym i cieszę, że odnalazłam swoją drogę i receptę na szczęście. Oprócz tego kocham gotować i jeść wspaniałe potrawy i dużo o tym mówić. To jest to, co lubię robić po pracy, w czasie wolnym i w tym się realizuję. Gotuję szybko i prosto, ale sprawia mi to wielką radość.
T.S.: Ulubione danie?
H.M.: To jest bardzo trudne pytanie, bo lubię naprawdę wszystko. Byłam przez dziesięć lat wegetarianką. Nie jadłam mięsa. Moimi ulubionymi potrawami były różne warzywa, sałatki, makarony, placki, które do tej pory lubię. Ale odkąd zaczęłam jeść mięso moją ulubioną potrawą – kiedy to mówię ludziom to umierają ze śmiechu – są kotlety mielone z marchewką.
T.S.: Jak to się stało, że zaczęłaś jeść mięso?
H.M.: Przez te lata, kiedy byłam wegetarianką, wielu ludzi mnie pytało, czy nie mam ochoty na mięso. Odpowiadałam, że jakbym chciała, to bym je jadła. Czułam, że żyję zdrowo i mój organizm nie potrzebuje mięsa. Jednak po tych dziesięciu latach nagle poczułam, że mi czegoś brakuje. Staram się robić to, co dyktuje mi organizm. Jeśli miałam ochotę na mięso, uznałam, że muszę je jeść. I faktycznie poprawiło mi się zdrowie i jest mi z tym dobrze. Staram się iść za tym, co mówi mi własne ciało. Uważam, że wychodzę na tym całkiem nieźle.
Marek Smolarek: Każdy odżywający się zdrowo mówi, że najgorsze, co może być, to cukier.
H.M.: Cukier i sól to podobno biała śmierć. Ostatnio przeczytałam bardzo fajny artykuł, który mnie pocieszył, ponieważ demaskował to, co nam mówiono od dwudziestu lat, że to masło jest winne otyłości i różnym chorobom. Co okazało się nieprawdą. To właśnie cukier opowiada za otyłość, co mnie ucieszyło, bo masło jest wspaniałe (śmiech).
T.S.: Masz niepełnosprawnego brata. Co robi twój brat?
H.M.: Mój brat za rok kończy szkołę i pewnie pójdzie do warsztatu terapii zajęciowej. Na razie chodzi do szkoły, którą uwielbia. Jak jest jeden dzień przerwy w szkole, to jest wkurzony. Jeździ na wycieczki, ma fajnych kumpli, chodzi na mecze. Jeździ na obozy. Ćwiczy karate, gra w koszykówkę. Kiedyś były żagle. Ma wiele zainteresowań, myślę, że to dzięki szkole, która organizuje wiele atrakcji. Mój brat raczej nie byłby w stanie sprecyzować własnych oczekiwań i zainteresowań i ich realizować, dlatego ma wokół siebie grono życzliwych mu osób, które mu to przybliżają.
A.S.: Co daje kontakt z osobami niepełnosprawnymi?
H.M.: Może powiem o tym, co daje mi mój brat. Mój brat, który ma zespół Downa, jest już dorosłym facetem. Bycie z nim daje mi poczucie, że życie jest ważne, że ważne są emocje i drugi człowiek jest ważny, o czym tak często zapominamy. Dążymy do własnych celów. W wirze obowiązków i karier, zapominamy o tym, co jest najważniejsze, czyli o relacjach z drugim człowiekiem i skupianiu się na prostych rzeczach. On nauczył mnie doceniania w życiu prostych, prozaicznych rzeczy, na przykład tego, że obiad w gronie rodzinnym jest jedną z ważniejszych rzeczy w tygodniu. Czekam na to. Poranna kawka, wspólne obejrzenie meczu, oglądanie W-11 na tvn-ie, który mój brat uwielbia. Przestałam wymagać od życia zaspokajania jakichś wydumanych, wielkich potrzeb. To, co jest dla mnie teraz ważne, to spędzać miłe chwile, dostarczać sobie drobnych przyjemności i doceniać to, co się wokół nas dzieje. I dawać ludziom radość. Ale w tym specjalistą jest mój brat.


LUBIĘ PRACĘ Z LUDŹMI

z Hanną Manteryspsychologiem społecznym

rozmawiał zespół redakcyjny NW

 

Pasją Hanny Manterys stała się praca z ludźmi. Jest psychologiem społecznym. Prowadzi warsztaty z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. Ma brata Wojtka z zespołem Downa, który inspiruje. W lipcu brała udział w projekcie Państwowe- go Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, który miał na celu przeprowadzenie badań nad tym, jak funkcjonują Warsztaty Terapii Zajęciowej. Jednym z warsztatów terapii zajęciowej wybranych do badań był WTZ w Skierniewicach. Przez tydzień od 7 do 11 lipca Hanna Manterys prowadziła obserwację w WTZ w Skierniewicach.

Pasją Hanny Manterys jest gotowanie i jedzenie. Przez dziesięć lat była wegetarianką. Uważała, że jej organizm nie potrzebuje mięsa. Obecnie jest wielką miłośniczką kotletów mielonych z marcheweczką.

 

Agnieszka Skomorow: Czy możesz powiedzieć jak to się stało, że wybrałaś psychologię społeczną?

Hanna Manterys:Kiedyś wzbraniałam  się przed psychologią. Chciałam być socjologiem i iść na studia na ten właśnie kierunek, ale się nie udało. Zdecydowałam się na psychologię społeczną, ponieważ jest jej bardzo blisko do socjologii. Psychologia społeczna jest takim mostem między psychologią a socjologią. Nie żałuję swojej decyzji, tenmostpoprowadził mnie w ciekawe miejsca.

Tomasz Skoneczny: Czym się różni psychologia od psychologii społecznej?

H.M.: Psychologia społeczna bada wpływ otoczenia, innych ludzi na zachowanie, na procesy psychiczne jednostki, czyli innymi słowy bada nas jako człowieka w grupie i to, co się dzieje między nami a grupą. Nie ma tu takiego totalnego skupienia się na człowieku i jego procesach wewnętrznych, jak w psychologii klinicznej, lecz na tym jak jednostka koreluje z otoczeniem, ze społeczeństwem.

T.S.: Jak należy zachowywać się w grupie?

H.M.: Nie ma odpowiedzi na to pytanie. Grupy różne, ludzie różni i nie ma przepisu na to, jak odnaleźć się w każdej sytuacji. Gdyby tak było, to byłoby nudno, bo byśmy mieli receptę na każdą sytuację, na każdą relację. Piękne jest to, że nikt nie wie jak należy żyć w grupie, badamy się wzajemnie.

T.S.: Jak to się stało, że skończyłaś szkołę trenerską. Czy możesz przybliżyć co to za szkoła?

H.M.: To było podczas studiów. Robiłam specjalizację w zakresie psychoedukacji. W ramach zajęć przeprowadziłam pierwsze w moim życiu warsztaty. Była to dosyć głęboka woda. Prowadziłam warsztaty o asertywności dla uczniów z podwarszawskich gimnazjów.  Rozmawialiśmy o asertywności, o tym jak przeciwstawić się presji grupy. Spodobało mi się to. Interesująca była zarówno praca z młodzieżą jak i temat. Zaczęłam pytać, co muszę zrobić, żeby być trenerem. Dowiedziałam się o szkole trenerskiej i zapisałam się do niej. To była roczna szkoła warsztatu i treningu psychologicznego. Były to warsztaty psychoedukacyjne wszelkich tak zwanych umiejętności społecznych czyli: asertywności, komunikacji, radzenia sobie ze stresem, integracji. Tam zdobyłam wiedzę jak pracować z grupą, poznałam też różne sposoby, które pozwalają zjednać sobie grupę. W ramach szkoły trenerskiej przeprowadziłam warsztaty z różnymi grupami, i dorosłych, i dzieci. Bardzo dobrze wspominam ten okres.

T.S.: Jak powinno się zjednywać sobie grupę na szkoleniu?

H.M.: Sama bym to chciała wiedzieć. (śmiech) To jest bardzo złożone. Każdy trener ma swoje metody, gorsze bądź lepsze, ale swoje. Ja też mam swoje. Nie one sztywne.  Jestem takim trenerem, który jest bardzo blisko grupy. Kiedyś było to dla mnie problemem, bo miałam kłopot ze stawianiem granic grupie, za bardzo zjednywałam sobie. Choć może tak się nie powinno robić, widzę tego efekty. Grupa fajnie pracuje, dużo wynosimy, czuję się podekscytowana, integruję się z grupą. Uważam, że sposobem na zjednywanie grupy jest bycie w porządku i niewywyższanie się, niekreowanie się na ważną panią trenerkę. Myślę, że to jest klucz.

T.S.: Jakie masz sukcesy trenerskie?

H.M.:Zależy, co nazwać sukcesem. Czy udane szkolenie, czy to, że po szkoleniu ma się poczucie, że zrobiło się coś ważnego. Jeśli chodzi o moją perspektywę, to mogę powiedzieć, że każdy trening, jaki prowadziłam, był dla mnie takim wewnętrznym sukcesem, ponieważ, przełamywałam własne bariery, popełniałam błędy, o których teraz pamiętam i wiem, że ich więcej nie popełnię. Odnosiłam małe wewnętrzne sukcesy. I to jest dla mnie chyba najważniejsze, że po każdym warsztacie, wychodziłam z takim poczuciem, że coś we mnie się zadziało, co powoduje, że jakoś będę szła wyżej. Wolniej bądź szybciej, ale wyżej.

M.R.: Co jest najważniejsze? Co chciałabyś przekazać w pracy trenerskiej?

H.M.: Miałam przyjemność jakiś czas temu prowadzić warsztat z osobami z zespołem Downa w ramach projektuPomocna dłoń, który ma na celu wprowadzać nowe formy zatrudnienia dla osób niepełnosprawnych intelektualnie. Warsztat miał integrować grupę, która będzie w przyszłości ze sobą współpracowała, ale też jego celem była rozmowa o tym, co uczestnicy warsztatu myślą o własnej aktywizacji zawodowej.

Co jest ważne w prowadzeniu takich warsztatów? Wydaję mi się, że przede wszystkim spokój i pozwolenie sobie na to, żeby nie wyrobić się z programem. Czasem można program odłożyć na półkę i darować sobie sukcesy trenerskie, a skupić się na tu i teraz, i dać uczestnikom jakieś poczucie bezpieczeństwa oraz to, że ktoś ich słucha. Nie zawsze realizacja założonych celów jest najważniejsza. Jeśli pogodzimy się z tym i nie będziemy wywierać presji na siebie i uczestników, wtedy ta praca będzie na pewno skuteczniejsza.

M.R.: Co sądzą osoby niepełnosprawne intelektualnie o podjęciu pracy?

H.M.:Podczas warsztatu pytałam właśnie o to, co oni o tym sądzą. Były osoby, które zupełnie nie chciały o tym słyszeć, ale były też takie, które bardzo chciały podjąć pracę, nie mogły się doczekać, kiedy zaczną pracować, były podekscytowane na samą myśl o tym. Miałam jednak wrażenie, że nie do końca miały świadomość, gdzie mogłyby pracować. Raczej mówiły o swoich marzeniach: chciałabym zostać tancerką, aktorką, piosenkarką. Ale przecież każdy z nas ma marzenia, które się spełniają bądź nie.

Założenie jest takie, że warsztaty terapii zajęciowej mają na celu przygotowywać do pracy. Natomiast, jak wiemy z praktyką jest inaczej. W Warszawie warsztaty, które mają świetne wyniki, jeśli chodzi o zatrudnianie. też takie, których uczestnicy tego zatrudnienia w ogóle nie podejmują. Od czego to zależy i do czego będzie zmierzało? Myślę, że właśnie projekt, w którym uczestniczę, doprowadzi do tego, że po części uda się nam odpowiedzieć na to pytanie.

A.S.: Jakie postawy mają rodzice wobec zatrudnienia ich niepełnosprawnych dzieci?

H.M.:Jest to kwestia problematyczna i szeroka. Mogłoby się wydawać, że rodzice będą chcieli, aby ich dziecko podjęło pracę, żeby sobie radziło i żeby się uaktywniało. Ale tak nie jest. Powiem szczerze, że rodzic zaangażowany w aktywizację zawodową swojego dziecka jest rzadkością. Nie wynika to absolutnie ze złej woli, tylko z lęku o własne dziecko, które się kocha i chce się dla niego jak najlepiej. Nie dziwię się temu, bo jest naprawdę wiele przeszkód, wiele barier i trzeba mieć odwagę, żeby im wszystkim stawić czoła. Niestety u nas w kraju zatrudnianie osób niepełnosprawnych intelektualnie wciąż jest rzadkie i spotyka się z bardzo różnymi opiniami. Jest bardzo problematyczną sprawąjest lęk, obawy.

Krzysztof Skowroński: Moje marzenie jest takie, żeby wyjść z warsztatu i normalnie pracować tak jak kiedyś. Byłem cukiernikiem i piekarzem.

H.M.:I to jest właśnie cennewszyscy jesteśmy indywidualnościami. Bardzo nie lubię generalizowania, że  niepełnosprawni chcą tego albo tamtego. Wiem, że to brzmi jak banał, ale wierzę, że do każdego człowieka czy niepełnosprawnego, czy sprawnego trzeba podchodzić indywidualnie i nie wrzucać niepełnosprawności, wszystkich marzeń, planów i sposobów na życie do jednego worka. To jest po prostu krzywdzące i nieprawdziwe.

T.S.: Doszliśmy do projektu, w którym uczestniczysz. Jaki to projekt i na czym polega?

H.M.:Projekt ma na celu zdiagnozowanie funkcjonowania warsztatów terapii zajęciowej w  Polsce. Badanie ma przebiegać poprzez obserwację, kwestionariusze internetowe, studia przypadku. Założeniem projektu jest stworzenie obiektywnego, wielopłaszczyznowego obrazu jak funkcjonują warsztaty. Ja jestem obserwatorem. Jesteście państwo drugim warsztatem, który odwiedziłam. Projekt trwa do końca lipca.

A.S.: Jakie masz pasje?

H.M.: Odkąd poszłam na studia, podczas których uczestniczyłam w różnych ciekawych projektach, moją pasją stała się praca z ludźmi. Odnajduję się w tym i cieszę, że odnalazłam swoją drogę i receptę na szczęście. Oprócz tego kocham gotować i jeść wspaniałe potrawy i dużo o tym mówić. To jest to, co lubię robić po pracy, w czasie wolnym i w tym się realizuję. Gotuję szybko i prosto, ale sprawia mi to wielką radość.

T.S.: Ulubione danie?

H.M.:To jest bardzo trudne pytanie, bo lubię naprawdę wszystko. Byłam przez dziesięć lat wegetarianką. Nie jadłam mięsa. Moimi ulubionymi potrawami były różne warzywa, sałatki, makarony, placki, które do tej pory lubię. Ale odkąd zaczęłam jeść mięso moją ulubioną potrawąkiedy to mówię ludziom to umierają ze śmiechu kotlety mielone z marchewką.

T.S.: Jak to się stało, że zaczęłaś jeść mięso?

H.M.: Przez te lata, kiedy byłam wegetarianką, wielu ludzi mnie pytało, czy nie mam ochoty na mięso. Odpowiadałam, że jakbym chciała, to bym je jadła. Czułam, że żyję zdrowo i mój organizm nie potrzebuje mięsa. Jednak po tych dziesięciu latach nagle poczułam, że mi czegoś brakuje. Staram się robić to, co dyktuje mi organizm. Jeśli miałam ochotę na mięso, uznałam, że muszę je jeść. I faktycznie poprawiło mi się zdrowie i jest mi z tym dobrze. Staram się iść za tym, co mówi mi własne ciało. Uważam, że wychodzę na tym całkiem nieźle.

Marek Smolarek: Każdy odżywający się zdrowo mówi, że najgorsze, co może być, to cukier.

H.M.: Cukier i sól to podobno biała śmierć. Ostatnio przeczytałam bardzo fajny artykuł, który mnie pocieszył, ponieważ demaskował to, co nam mówiono od dwudziestu lat, że to masło jest winne otyłości i różnym chorobom. Co okazało się nieprawdą. To właśnie cukier opowiada za otyłość, co mnie ucieszyło, bo masło jest wspaniałe (śmiech).

T.S.: Masz niepełnosprawnego brata. Co robi twój brat?

H.M.: Mój brat za rok kończy szkołę i pewnie pójdzie do warsztatu terapii zajęciowej. Na razie chodzi do szkoły, którą uwielbia. Jak jest jeden dzień przerwy w szkole, to jest wkurzony. Jeździ na wycieczki, ma fajnych kumpli, chodzi na mecze. Jeździ na obozy. Ćwiczy karate, gra w koszykówkę. Kiedyś były żagle. Ma wiele zainteresowań, myślę, że to dzięki szkole, która organizuje wiele atrakcji. Mój brat raczej nie byłby w stanie sprecyzować własnych oczekiwań i zainteresowań i ich realizować, dlatego ma wokół siebie grono życzliwych mu osób, które mu to przybliżają.

A.S.: Co daje kontakt z osobami niepełnosprawnymi?

H.M.: Może powiem o tym, co daje mi mój brat. Mój brat, który ma zespół Downa, jest już dorosłym facetem. Bycie z nim daje mi poczucie, że życie jest ważne, że ważne emocje i drugi człowiek jest ważny, o czym tak często zapominamy. Dążymy do własnych celów. W wirze obowiązków i karier, zapominamy o tym, co jest najważniejsze, czyli o relacjach z drugim człowiekiem i skupianiu się na prostych rzeczach. On nauczył mnie doceniania w życiu prostych, prozaicznych rzeczy, na przykład tego, że obiad w gronie rodzinnym jest jedną z ważniejszych rzeczy w tygodniu. Czekam na to. Poranna kawka, wspólne obejrzenie meczu, oglądanie W-11 na tvn-ie, który mój brat uwielbia. Przestałam wymagać od życia zaspokajania jakichś wydumanych, wielkich potrzeb. To, co jest dla mnie teraz ważne, to spędzać miłe chwile, dostarczać sobie drobnych przyjemności i doceniać to, co się wokół nas dzieje. I dawać ludziom radość. Ale w tym specjalistą jest mój brat.

 

 

I CO Z NIĄ ZROBIĆ?

 

No właśnie, co zrobić ze złością, która się gromadzi w człowieku? I nie daje nam spokojnie żyć i wykonywać tego, co lubimy, bo nie możemy przez nią na niczym się skupić. Czy trzymać złość w sobie, czy dać jej ujście?

 

A mnie co złościło i złości?

Myślę, że, jak każdy człowiek mam prawo do złości. Wszystko zależy od sytuacji, w jakiej się znajduję. Miałam w życiu kilka takich sytuacji, czasami były zabawne, a czasami straszne.

Powiem tak, dopóki żyła mama, nie wiedziałam, co to znaczy złość, bezsilność, kłopoty i zmartwienia. Moje kłopoty i złość były raczej związane z warsztatem terapii, do którego chodziłam w Tomaszowie. I z koleżankami, i kolegami.

Pamiętam, jak kiedyś do warsztatu przyszła dziewczyna, której sama powiedziałam, żeby się do nas zapisała. A potem, jak tylko zobaczyłam, to dostawałam białej gorączki.

Bardzo długo byłam zła, że jej zaproponowałam przyjście do warsztatu. Myślałamkurde babka, co ja najlepszego zrobiłam! Oczywiście przy niej starałam się nie pokazywać mojej niechęci. Zawsze taka byłam i jestem, że ukrywam, że coś mi nie pasuje. No chyba, że miarka się przebierze, to wtedy wybucham i nie ma przeproś.

W warsztacie było kilka sytuacji, w których byłam zła. Na przykład, sprzątaliśmy pracownię. Starałam się być dokładna i odkładać rzeczy na swoje miejsce. A moja koleżanka kładła wszystko jak popadło. No więc, delikatnie zwróciłam jej uwagę i awantura na cały warsztat. Bo Magda była bardzo nerwowa. Ja naprawdę powiedziałam to spokojnie, a ona na mnie:Czego ty ode mnie chcesz?! Jak przyjechałam do domu, to mama już widziała po mojej minie, że coś się stało. W takich sytuacjach dużo rozmawiałyśmy. Mama zawsze pomagała mi rozwiązać mój problem. I albo przyznawała mi rację, albo dostawałam po głowie, oczywiście nie dosłownie. Jednak zawsze umiałyśmy znaleźć wyjście z sytuacji.

Miałam 26 lat, gdy zabrakło mamy. Musiałam się nauczyć nie tylko samodzielnego życia, ale też podejmowania decyzji, które mają wpływ na moje życie. A pod tym względem byłam zielona, bo nic nie wiedziałam o życiu.

Przyznaję, że w tamtym czasie byłam nie tylko zła, ale i wściekła na cały świat. Ale najbardziej na Pana Boga za to, że pozwolił na to, aby mama odeszła. Teraz wiem, że z mojej strony to było niemądre i samolubne, ale wtedy mnie to nie obchodziło. Musiało upłynąć dużo czasu, żeby ten żal i złość minęły. Choć muszę przyznać, że gdzieś tam we mnie jeszcze siedzi ta złość i ten ból po stracie mamy.

Gdy przyszedł czas przeprowadzki do Skierniewic, to przyznaję, że próbowałam stanąć na głowie, żeby zostać w Tomaszowie. Rozmawiałam ze wszystkimi po kolei, żeby mi pomogli zostać w domu. I co? I nic, wszyscy mnie rozumieli, ale moje miejsce było przy siostrze. Czyli tam, gdzie ona, tam i ja. Nie miałam innego wyjścia, jak spakować walizki i pojechać w nieznane. Przyznaję, że jakbym w tamtym czasie miała pod ręką karabin, to bym wszystkich wystrzelała. Taka byłam wtedy wściekła. Myślałam: No tak, jak mama żyła, to wszyscy byli blisko, a jak mamy nie ma, to każdy ucieka. Bo rzeczywiście tak było.

Minęło trochę czasu od tamtych wydarzeń i jestem trochę bardziej odporna na stres i złość. Jednak jeszcze za bardzo się wszystkim przejmuję i nie umiem powiedzieć stanowczonie!

W pogodzeniu się ze stresem i złością bardzo dużo pomogło mi pisanie do naszego kwartalnika. Dzięki temu, że piszę te artykuły mogę przelać na papier moje emocje. Choć czasami mnie wkurza, gdy siadam przy komputerze, i nic. A mam tekst w głowie, tylko przelać go na papier.

Tak było w przypadku artykułu o modzie. Na długo zapamiętam ten artykuł. Najpierw bałam się, jak ugryźć ten temat, potem nie mogłam zacząć, a na końcu coś nacisnęłam i połowa tekstu poszła w cholerę. Żebyście mnie wtedy zobaczyli. Siedziałam przed komputerem i płakałam.Co ty sobie narobiłaś najlepszego!tak na siebie krzyczałam. Na szczęście udało mi się w miarę szybko napisać powtórnie ten tekst i oddać go na czas. Jednak przysięgłam sobie, że nigdy więcej takich tematów.

Duży wpływ na pisanie mają moje sprawy osobiste. A ostatnio trochę się ich nazbierało, i za bardzo nie wiem, co z nimi zrobić. Myślę o nich i coraz bardziej zapędzam się w kozi róg. Po prostu boję się konsekwencji moich czynów. Przyznaję, że jestem trochę tchórzliwa i boję się postawić. Jednak muszę walczyć o siebie.

Najbardziej mnie złoszczą trzy rzeczy. Po pierwsze, kiedy przychodzą do mnie znajomi i rozmawiają między sobą, a mnie traktują na doczepkę. Po drugie, gdy niektóre sprawy dotyczące mojej osoby załatwiane beze mnie. I po trzecie, gdy ludzie traktują mnie, jak osobę niepełnosprawną umysłowo. To mnie naprawdę wkurza.

Jak sobie radzę ze złością?

Mam na to kilka sposobów. Takim najbardziej sprawdzonym jest słuchanie muzyki. Jak mam jakiś problem, to po powrocie do domu włączam w miarę głośno muzykę. W ten sposób zagłuszam myśli. Zawsze mnie to uspokaja. Gdy jestem naprawdę zdenerwowana, to po prostu płaczę i krzyczę.

Jak mieszkałam w Tomaszowie, przychodził do mnie do domu pan Mariusz, który ze mną ćwiczył. Kiedyś przywiózł rękawice bokserskie. I walczyliśmy ze sobą. Oczywiście tak, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Wiecie, jak to fajnie pomaga rozładować emocje? Dla mnie miało to być ćwiczenie równowagi, a znalazło dodatkowe zastosowanie. Szkoda, że teraz nie mam tych rękawic.

Kiedy już naprawdę nie mogę sobie poradzić, proszę kogoś zaufanego o rozmowę. Jest jeszcze jeden sposób, ale trochę się wstydzę o tym pisać. Bardzo pomaga mi to, jeśli ktoś mnie po prostu mocno przytuli. Głupie, co? Czasami mam ochotę iść przed siebie i nie oglądać się. Wiadomo, że w moim przypadku jest to niemożliwe.

Jest wiele sposobów walki ze złością, i każdy ma swój. Jednak najważniejsze jest to, żeby znaleźć powód swojej złości i umieć rozwiązać problem. Łatwo powiedzieć, gorzej wykonać.

Ten artykuł może Was trochę zdziwić, bo do tej pory pisałam pozytywne rzeczy. Jednak przychodzi taki okres w życiu człowieka, kiedy musi pokazać też swoje wady. A ja niestety trochę ich mam. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam.

Po prostu musiałam to z siebie wyrzucić. Chciałam też pokazać, że nie trzeba się wstydzić swoich słabości. Wiem, że nie jest łatwo mówić o nich, ale warto, bo może znajdzie się jakieś dobre rozwiązanie. Dlatego życzę Wam i sobie, żebyśmy mieli, jak najmniej powodów do złości.

 Agnieszka Skomorow

Artykuły powiązane

Copyright © 2007 - 2017  ESTET

Register

User Registration
or Anuluj