A+ A A-

CZY ISTNIEJE MODA DLA NIEPEŁNOSRPAWNYCH

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Wszyscy chcemy ładnie wyglądać, ubrać się w modne ubranie, iść do fryzjera i zrobić sobie fajną fryzurę albo makijaż. Niestety niepełnosprawni często są blokowani, nie tylko przez bariery architektoniczne

 

Poszukiwanie własnego stylu

 

Od dziecka lubiłam się stroić, zresztą, która mała dziewczynka nie chciałaby wyglądać jak księżniczka? Biała bluzeczka, spódniczka z dżinsu i do tego kucyk na głowie i kolorowe spinki we włosach. Tak mogłabym chodzić codziennie do przedszkola. Bez różnicy czy była jakaś uroczystość, czy nie. Na szczęście, w tamtych czasach, to mama miała decydujący głos o tym, w co mam się ubrać, jednak zawsze liczyła się z moim zdaniem i dawała mi ubranie do wyboru.

 

Bardzo lubiłam chodzić w spódniczkach lub sukienkach. Spodnie zakładałam wtedy, jak już nie było czystej sukienki czy spódniczki, no i latem, bo było wygodniej się bawić na placu zabaw czy w piaskownicy. Moją ulubioną była tzw. marynarska sukienka – granatowa z białym pasem na klatce piersiowej, z charakterystycznym dla strojów marynarskich wiązaniem z przodu. Poza tym, że była wygodna, bo można było się w niej bawić na dywanie, to przy okazji można było pokręcić sobie tym węzłem z przodu, jak się nudziłam.

 

Jeśli chodzi o obuwie, to jako dziecko miałam robione specjalne buty ortopedyczne. Musiały być usztywnione z tyłu na pięcie oraz w kostce, żeby dobrze trzymały moje stopy, bo bardzo leciały na bok. Czy takie buty były wygodne? To zależało przez kogo były wykonane. Jak szewc znał się na tym i dobrze je wykonał, to można było w nich chodzić. Ale zdarzali się tacy, co nie dość, że sporo wzięli, to jeszcze zrobili takie buty, że nie można było w nich siedzieć, nie mówiąc o chodzeniu. Tak potrafiły obetrzeć. Z czasem buty ortopedyczne nie były mi potrzebne, bo moje stopy już nie leciały na boki, więc mogłam chodzić w normalnych butach. Na przykład w adidasach, w pantoflach i w sandałkach, byle nie w szpilkach, bo i tak koślawo chodziłam, a w szpilkach to dopiero byłaby jazda.

 

Może trudno to sobie wyobrazić osobom, które mnie znają, ale do ósmego roku życia miałam długie włosy, które sięgały mi do ramion. Wyglądałam w nich bardzo ładnie, ale było z nimi dużo roboty, szczególnie rano. Poranek codziennie wyglądał tak: śniadanie, mycie się ubieranie i czesanie włosów w kucyki. Siadałam na podłodze w pokoju przed wielkim lustrem, mama siadała za mną i się zaczynało. – Aua, auu, mamo boli! Tak się darłam, gdy mama rozczesywała kołtuny na głowie, a trwało to dobre 30 minut. Moją ulubioną fryzurą był tzw. koński ogon i po bokach spinki. Nie lubiłam warkoczy, bo szybko się rozwalały. A poza tym, moja głowa latała we wszystkie strony, więc musiałam mieć dobrą i wygodną fryzurę.

 

Długie włosy miałam do pierwszej komunii świętej, bo to ładnie wyglądało. Biała sukieneczka, wianuszek i włosy ładnie uczesane. Dopiero jakiś czas po tej uroczystości mama zapytała mnie – Agnieszko, obcinamy włoski? – i dodała: – Będzie ci wygodniej. – No dobrze, obcinamy – odpowiedziałam nieśmiało. Pamiętam, że miała mnie obciąć u nas w domu koleżanka Ewy, która była po szkole fryzjerskiej. Nie wiem, kto był bardziej wystraszony, ja czy Lenka. Dokładnie to nie pamiętam, ile trwało pierwsze obcinanie. Z pewnością było długie, bo było mi trudno utrzymać głowę prosto i do tego bałam się nożyczek, którymi mnie obcinała. Szczególnie, jak zbliżały się do ucha, ogarniał mnie dziwny strach. Nawet nie wiedziałam, czemu. Gdy już było po wszystkim to przejrzałam się w lusterku i czegoś mi brakowało na głowie, ale fryzurka mi się podobała. Od tamtej pory Lenka stała się moją osobistą fryzjerką.

 

Gdy przyszedł okres dojrzewania moje patrzenie na sposób ubierania się zaczęło się zmieniać. Częściej chodziłam w spodniach, już nie miałam hopla na punkcie białych bluzeczek, no i pojawiła się nowa część ubrania, biustonosz. Muszę przyznać, że na początku było bardzo ciężko mi się przyzwyczaić do niego, ale z czasem jakoś poszło.

 

Okres dojrzewania był dla mnie dość dziwny. Oczywiście nie mogłam się buntować, jak inne nastolatki, ale potrafiłam dopiec mamie, jeśli chodziło o ubranie. – Mamo, ja nie założę tych spodni! – Dlaczego? – pyta mama. – Bo nie. Nie pasują do bluzki i koniec. Oj, byłam uparta jak osioł. W tamtym czasie u mnie na topie były dżinsy, biały lub granatowy golf i kamizelka, oczywiście z dżinsu, a do tego adidasy. Spódniczki zakładałam od święta albo na jakąś imprezę.

 

Gdy dostałam wielkiego hopla na punkcie zespołu The Kelly Family, to musiałam mieć wszystkie ubrania z logo tego zespołu albo z podobizną Paddy'ego, który mi się bardzo, bardzo i jeszcze raz bardzo podobał. Koszulki, bluzki, bluzy, czapki, a nawet biżuteria musiały być z ich logo. Podejrzewam, że jakbym zobaczyła bieliznę z tym logo, to na 100% bym ją kupiła. Mój szał na Kelly Family trwał dość długo, bo aż 4 lata.

 

Takim wielkim przełomem w moim sposobie ubierania się był dzień, kiedy mama zabrała mnie do sklepu z oryginalnymi rzeczami firmy Adidas, żeby kupić mi oryginalne buty w nagrodę za dobre ukończenie szkoły podstawowej. Od tamtej pory dostałam hyzia na punkcie firmy Adidas. Jak tylko było możliwe, to mama mi kupowała, a to buty, a to koszulkę. Wszystko było bardziej wytrzymałe. Buty tak szybko się nie niszczyły i koszulki dłużej utrzymywały kolor, ale były bardzo drogie. Postanowiłam sobie, że uzbieram kasę i kupię oryginalny dres Adidasa. Wtedy taki dres kosztował około 500 zł! Udało mi się uzbierać 200 zł. Na 18-stkę dostałam kasę i spełniłam swoje postanowienie. Pojechałam z mamą i Ewą do sklepu. Kupiłam mój wymarzony dres i jeszcze mi wystarczyło na koszulkę. Przyznaję, że mama nie była przekonana do tego zakupu, ale później powiedziała, że dobrze zrobiłam. Ten dres służył mi długie lata, co prawda spodnie szybciej się zniszczyły, ale bluzę mam do tej pory i nawet w niezłym stanie. Jakby tak na nią popatrzeć to nikt nie pomyślałby, że ona liczy sobie aż 13 lat!

 

Jakby ktoś mnie zapytał, jaki mam styl ubierania się, odpowiedziałabym, że nie wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Wiem tylko, że trzeba się ubierać wygodnie i odpowiednio do sytuacji. Nie założyłabym na imprezę zwykłej koszulki z nadrukiem. Mam takie przyzwyczajenie, że dobieram ubrania kolorystycznie. To znaczy do granatowych spodni założę białą koszulkę, ale ona musi mieć w sobie coś granatowego. Nie wiem, czy to jest właściwe podejście, ale tak robię. Bo to, że jestem niepełnosprawna, nie ma oznaczać, że mam wyglądać jak klaun. Nie założyłabym niebieskiej koszulki do czerwonych spodni i na to zielonej bluzy. Dopiero by się za mną oglądali! Co prawda i tak to robią, bo jestem na wózku i powykrzywiana, ale jakbym się tak ubrała, to w ogóle byłaby jazda bez trzymanki.

 

Zakupy, fryzjer i makijaż…

 

Mama pozwalała mi decydować o wielu sprawach dotyczących wyglądu. Nieraz wsadzała mnie i Ewę do samochodu i zabierała na zakupy do Rzgowa. Wiele razy wracałyśmy samochodem pełnym zakupów. Podczas zakupów miałyśmy różne dziwaczne sytuacje.   Szukałyśmy butów dla mnie na wesele Ewy. Wjechałyśmy wózkiem do jednego ze sklepów, a pani, która tam pracowała, popatrzyła na mnie, jak na kosmitę i nieprzyjemnym tonem powiedziała: – Słucham panie? – Szukamy butów dla córki – powiedziała mama. – Bardzo mi przykro, ale tutaj nie ma butów dla takich osób – uprzejmie nam odpowiedziała pani. – A możemy się rozejrzeć? – spytała mama. – Bardzo proszę.

 

I co się okazało? Buty były. Do tego wygodne i dobrze trzymały stopę. Kupiłyśmy, ale nie była to miła sytuacja. Co zrobić. Są ludzie i ludziska.

 

Na wesele Ewy miałam szyte ubranie. Był to komplet z niebieskiego błyszczącego materiału. Spodnie, do tego żakiecik z krótkim rękawem i pod to biała bluzka na ramiączkach. Oczywiście na poprawiny była inna kreacja, błękitna bluzka i spódniczka granatowa w błękitne wzorki.

 

Wizyta u fryzjera była obowiązkowa. Moja fryzjerka zrobiła mi ekstra fryzurę. Oczywiście wcześniej były robione pasemka, bo w moim przypadku ich zrobienie nie jest takie proste. Dawniej fryzjerki zakładały klientce specjalny czepek z dziurkami, przez które można było wyciągnąć pasma włosów. To wyciąganie nie należało do przyjemności, ale jak chciało się być piękną, to trzeba było trochę pocierpieć. Pamiętam pierwsze pasemka, jakie sobie zrobiłam. Mieszkałam wtedy w Tomaszowie. Gdy następnego dnia pojechałam do warsztatu terapii, to jeden z moich kolegów powiedział do mnie – Agnieszka, co ci się stało, kto ci jajko rozbił na głowie?! Oczywiście żartował, ale myślałam, że go zamorduję.

 

Kiedyś moja koleżanka z warsztatu ufarbowała sobie włosy na czekoladowy kolor. Wyglądała bardzo ładnie, więc poprosiłam ją, żeby podała nazwę farby do włosów, bo chciałam też sobie zrobić taki kolor. Dowiedziałam się, jak nazywa się ta farba, poprosiłam mamę, żeby mi ją kupiła i pojechałyśmy do Lenki, żeby mi położyła farbę. Wszystko było dobrze, dopóki się nie zobaczyłam w lusterku. Koleżanka miała ładny, czekoladowy kolor, a mi wyszedł wściekły bordowy. Myślałam, że zejdę z_tego fotela. – Kurde babka, jak ja wyglądam! – pomyślałam. Po nałożeniu farby pozostałości po jasnych pasemkach na grzywce zrobiły się czerwone. – I co teraz będzie? Przecież nie pójdę tak do warsztatu, bo się spalę ze wstydu. – Pomóż mi, chociaż z tą grzywką – powiedziałam rozpaczliwym głosem do Lenki. A ona z mamą śmiały się ze mnie. – Chciałaś się farbować, to teraz cierp! – ze śmiechem powiedziała mama. Na szczęście udało się coś zrobić z tą grzywką. Lenka położyła trochę ciemnej farby i kolor na grzywce na szczęście się wyrównał. Od tamtego zdarzenia skończyłam z farbowaniem włosów. Robiłam sobie tylko pasemka.

 

Jeśli chodzi o makijaż, to u mnie jego zrobienie jest bardzo skomplikowane. Przy moich ruchach mimo- wolnych głowy i twarzy zawsze było ciężko mnie umalować. Pamiętam, jak moja kuzynka zrobiła mi niespodziankę na urodziny i zawiozła mnie do salonu piękności, żeby mi zrobili ładny makijaż. Szczerze mówiąc, nie wyobrażałam sobie tego, no, ale jak to był prezent na urodziny, to nie wypadało odmówić. Nie zapomnę miny pani, która miała mi robić ten makijaż. Bała się do mnie podejść i cokolwiek mi zrobić. Nie dziwiłam się jej, bo sama byłam w strachu. Jakoś pomału zrobiła ten makijaż, najpierw delikatny podkład, a potem pomalowała mi oczy i usta. Byłam cała mokra, bo musiałam trzymać głowę prosto i nie zaciskać oczu.

 

Przeważnie na imprezy i uroczystości makijaż robiła mi Ewa, bo wiedziała, jak do mnie podejść, żeby ten makijaż przyzwoicie wyglądał. Jednym słowem miałam duże wsparcie ze strony rodzinki, jeśli chodziło o mój wygląd. A to jest bardzo ważne dla osoby niepełnosprawnej.

 

Czy wszystko jest dla nas?

 

Bywam na różnych imprezach organizowanych dla niepełnosprawnych. I czasami krew mnie zalewa, jak zobaczę dorosłą osobę, ubraną jak kilkuletnie dziecko, albo jak rodzic próbuje ubierać swoje dziecko tak samo jak siebie. Rozumiem, że może to być kwestia poglądów lub sytuacji finansowej. Kiedyś zobaczyłam na jednej z imprez osobę niepełnosprawną na wózku ubraną jak dziad, za przeproszeniem, obok wystrojonej i wymalowanej pani, jak się później dowiedziałam, mamusi tej osoby na wózku. Jak można siebie ubrać, jak człowieka, a_dziecko jak dziada, tylko dlatego, że jest niepełnosprawne. Takie postępowanie świadczy o tej mamusi i o jej podejściu do własnego dziecka. Niestety wokół osób niepełnosprawnych narosło bardzo wiele stereotypów, na przykład sprawa wyglądu. „A tam, jak kobieta jest na wózku to po co jej szpilki i makijaż”. Nasi rodzice przeważnie uważają nas za małe dzieci i wciąż o wielu sprawach decydują za nas. Możemy tylko próbować przekonywać, że chcemy o sobie decydować sami. I mówić o tym: – Mamo, ja dzisiaj założę coś innego, niż mi naszykowałaś.

 

I pomału, małymi krokami osiągniemy cel. Wiadomo, że na początku będzie ciężko, ale damy radę, co? Przecież mamy prawo do tego, aby ładnie się ubrać.

 

Rozmawiałam z moimi kolegami i koleżankami w_warsztacie. Ich sposoby na modne ubranie są różne. Szukając odpowiedniego ubrania korzystają z porady rodziców, jednak sami podejmują ostateczną decyzję o tym, co chcą kupić. Kupują w_różnych sklepach albo na rynku, żeby było w_miarę tanio. Niektórzy ubierają się w dresy i obuwie bez sznurówek, żeby było im wygodniej się ubrać. Ja też tak robię, odkąd sama mieszkam, bo ma być nie tylko modnie, ale i wygodnie.

 

Niestety wiele osób niepełnosprawnych po prostu nie dba o swój wygląd, choć mogą spokojnie iść do fryzjera czy na zakupy, samodzielnie lub z kimś.

 

Osoby niepełnosprawne nie zostały nauczone, jak dbać o swój wygląd. Wiem, że brzmi to okrutnie, ale taka jest rzeczywistość. Dlatego powinny być organizowane przez instytucje działające na rzecz osób niepełnosprawnych np. warsztaty kreowania wizerunku, połączone z pokazem mody z udziałem niepełnosprawnych modelek i modeli.

 

Coś takiego zorganizowała Fundacja Hipoterapia z_Krakowa. „Moda bez Ograniczeń” tak się nazywał projekt, podczas którego odbyły się warsztaty stylizacji i kreowania siebie prowadzone przez specjalistów do spraw wizerunku, projektowania ubrań i prezentacji siebie przygotowane z myślą o młodych, niepełnosprawnych osobach, które chcą nauczyć się jak wydobyć piękno, które tkwi w nich samych. A 8 grudnia 2013 r. odbył się pokaz mody, na którym młodzi niepełnosprawni zaprezentowali na wybiegu kreacje autorstwa najlepszych polskich projektantów oraz stroje wykonane przez siebie pod okiem specjalistów.

 

Chciałabym, żeby kiedyś w naszym mieście zrobiono coś podobnego, aby osoby niepełnosprawne zobaczyły, że też mogą być piękne.

 

Agnieszka Skomorow

 

Copyright © 2007 - 2017  ESTET

Register

User Registration
or Anuluj