A+ A A-

Syberyjska gehenna

Oceń ten artykuł
(9 głosów)

W moim pamiętniku powinnam opisać moje przeżycia, moje wspomnienia, moje losy. Tym razem będzie jednak inaczej. Napiszę o moim Mężu. Jestem Mu to winna, zwłaszcza teraz, kiedy już nie ma Go obok mnie.

W zamiarze spisania Jego losów utwierdziło mnie pytanie jednej z koleżanek: a dlaczego twój mąż pojechał na tę Syberię? Cóż, wiedza na temat deportacji i zbrodni z tamtych lat jest bardzo skąpa, mimo, że ukazało się tyle książek, pamiętników, wspomnień. Mam cichą nadzieję, że moje słowa może choć kilku znajomym osobom, a co najważniejsze moim dzieciom i wnukowi, przybliżą gehennę dziadka Leona i innych Sybiraków. Ta opowieść powstała z pojedynczych obrazów, z łez tłumionych...

 
Kiedy poznałam Męża miałam zaledwie szesnaście lat. Być może ze względu na mój młody wiek, nie chciał mi mówić o syberyjskich przeżyciach. A może po prostu nie umiał jeszcze o nich mówić. Przecież minęło tak niewiele czasu. Nie pytałam. Pewnego dnia wróciły gorzkie wspomnienia. Najpierw z rzadka, potem coraz częściej. Wydobywał z pamięci straszne chwile i powoli zaczęła wyłaniać się i układać w całość, syberyjska historia, syberyjski los.

Mąż urodził się niedaleko Wilna we wsi Radoszkowice, leżącej obecnie na Białorusi. Wtedy była tam Polska, mówiono o tych terenach – kresy. Oboje rodzice pochodzili ze Skierniewic. Pojechali w tamte strony w poszukiwaniu pracy i lepszych warunków życia. Płynęły lata, rodzina powiększała się, przychodziły na świat kolejne dzieci. Najpierw były małe, potem zaczęły chodzić do szkoły. Gdy nadeszła pora, by najstarszy syn rozpoczął naukę w gimnazjum, cała rodzina przeniosła się do położonego niedaleko Mołodeczna.

W tym niewielkim, powiatowym miasteczku mieszkali obok siebie Polacy, Białorusini, Litwini, Żydzi, Ukraińcy. Życie toczyło się bez większych burz i nikt nie spodziewał się, że tak szybko ten spokój się skończy.

1 września 1939 roku wybuchła wojna, nazwana później drugą wojną światową. Najpierw była daleko, w centralnej Polsce. Tu na kresach, jeszcze nie dawała o sobie znać. Przyszedł jednak 17 września i wywrócił wszystko do góry nogami. Zza wschodniej granicy wkroczyły wojska sowieckie. Niektórzy mieszkańcy kresów, zwłaszcza Białorusini i Żydzi, witali sowieckich żołnierzy kwiatami i owacjami, jak wyzwolicieli. Bardzo szybko przekonali się jednak, że radość była przedwczesna. Okazało się, że nowa władza wprowadza nowe rządy, prześladuje i zabija ludzi bez sądu i wyroku. Zapanowało przerażenie, tym większe, że od zachodu parły wojska niemieckie i nie można było spodziewać się pomocy ze strony polskich władz. Wkrótce walki ustały, polskie wojsko uległo przewadze najeźdźców, państwo polskie przestało istnieć. Niemcy i Sowieci podzielili Polskę między siebie i nastała długa straszliwa okupacja.

Rozpoczął się pierwszy akt gehenny.

Ojciec mojego Męża, był przed wojną policjantem. Wiedział, że jeśli wpadnie Sowietom w ręce, zostanie zabity. Postanowił więc przeczekać ten niebezpieczny czas gdzieś w ukryciu. Opuścił dom i niestety, nigdy już do niego nie wrócił. Nie wiadomo gdzie i w jaki sposób stracił życie. Do tej pory nie znaleziono Jego grobu. Jego nazwiska nie ma na żadnej z ujawnionych do dotychczas list, zawierających dane osób zamordowanych w sowieckich miejscach kaźni. Zaginął bez wieści.

Wkrótce zaczęły się wywózki ludności na Syberię. W Związku Radzieckim stosowano ten sposób od dawna. Stalin przesiedlał całe narody według swoich szaleńczych planów. Wcześniej, także car rosyjski skazywał ludzi za większe lub mniejsze przewinienia. na zsyłkę, czyli tak zwaną katorgę. Taki los spotkał wielu Polaków - powstańców listopadowych, styczniowych i tych, którzy oskarżani byli o knucie spisków i udział w różnych działaniach „wywrotowych”. Jednym słowem systematycznie zaludniano Syberię polskimi patriotami.

W czasie wojny były trzy wielkie wywózki. Rodzinę mojego Męża wywieziono w pierwszym transporcie. Ktoś zapyta za co? Czym dwie niemłode kobiety i troje dzieci naraziły się władzy? Tylko jednym! Byli Polakami! A tych, władze sowieckie chciały zniszczyć wszelkimi sposobami!

Wywózka, deportacja. Z pozoru zwykłe słowa, a co się za nimi wówczas kryło? Łomot do drzwi, zawsze w nocy i podniesione głosy, wykrzykujące po rosyjsku jakieś rozkazy. Wreszcie do świadomości wystraszonych ludzi docierają pojedyncze słowa: pakować się, dwie godziny, wyjazd! Dokąd? Małczi, bystrieje, skorieje! Padają wyzwiska i obelgi. Wreszcie jakiś człowiek tłumaczy: ubierać się  i szybko na dworzec. Zostaniecie wywiezieni! Ludzie myślą, że może tylko za miasto i tam śmierć!

Mała Basia płacze, chłopcy jeden szesnasto-, drugi zaledwie siedmioletni, pomagają przy pakowaniu, Babcia rękami objęła głowę i powtarza bez sensu: co mam zabrać, co mam zabrać? Matka ociera napływające do oczu łzy. W pośpiechu pakuje ciepłe ubrania. Jest przecież luty, środek mroźnej zimy 1940 roku. Do dużej torby wkłada jedzenie, dużo, ile się zmieści, jakieś dokumenty, kilka fotografii. Nie wiadomo czy i kiedy tu wrócą, przecież nie wiadomo dokąd i na jak długo jadą?

Oładowani tobołkami z trudem docierają do dworca. Na bocznicy stoją wagony towarowe, takie do przewozu rzeczy – nie ludzi. Znowu podniesione głosy wykrzykują po rosyjsku: wsiadać, szybko, szybko!

Jest zimno, ciemno. Z trudem wdrapują się do wypełnionego prawie wagonu. Ludzie siedzą stłoczeni na podłodze. Nowoprzybyli znajdują kawałek miejsca pod ścianą, tuż przy drzwiach,. Zbici w gromadkę, szukają w swej bliskości odrobiny ciepła. Żołnierz z głośnym łoskotem zasuwa drzwi. Pociąg jednak nie rusza.
W ciemności słychać czyjś płacz. Ktoś zaczyna odmawiać różaniec. Inni się dołączają. Potem śpiewają „pod Twoją obronę” i kolejne modlitwy. Wreszcie głosy cichną, ludzie zapadają w męczącą drzemkę.

Pociąg stoi na bocznicy przez trzy doby. Wszystkich ogarnia coraz większy strach. Dzieci popłakują, kobiety ocierają łzy, niektóre siedzą jak nieobecne. Mężczyzn jest niewielu. Większość nie żyje lub zaginęła bez wieści, część zdołała ukryć się w porę. W wagonie panuje rozpacz, bezsilność i straszliwa, wyniszczająca niepewność!!!

Takich wagonów były setki. Tworzyły długie pociągi, które bez pośpiechu sunęły przez bezkresną, rosyjską ziemię. W chłodzie i głodzie, bez możliwości umycia się i normalnego odpoczynku, ludzie chorowali i marli. Zwłaszcza wśród dzieci śmierć zbierała obfite żniwo. Co jakiś czas pociąg zatrzymywał się w stepie, z wagonów wywlekano zmarłych i zagrzebywano w śniegu, a bywało, że eskorta, mimo płaczu i błagań, kazała zostawić zmarłego bez pochówku, na łup wygłodniałej zwierzyny.

Mijały dni i tygodnie. Po miesiącu ktoś zaczął kombinować, że może jednak nie wiozą ich na śmierć, bo po co by tyle czasu mitrężyli na ich transport. Więc może do łagru? Zaświtał nikły cień nadziei.

Któregoś dnia pociąg zagwizdał przeciągle i zatrzymał się. Słychać było krzyki komend i przekleństwa. Kazano ludziom z kilku wagonów zabrać rzeczy i wysiadać. Reszta miała jechać dalej. Zahurgotały otwierane drzwi i oczom zesłańców ukazał się bezkresny, pokryty śniegiem step. W dali majaczyły jakieś domostwa. Niedaleko torów, widać było tak zwane ziemianki czyli wykopane wcześniej, nie wiadomo przez kogo, doły w ziemi, ledwo zabezpieczone przed zawaleniem. W tej głuszy wielka gromada głodnych, zziębniętych ludzi. Jeden z eskorty wykrzykiwał, że mają tu zostać i tu żyć. Ale jak? W tej pustce? W tych niewyobrażalnych warunkach?

Syberyjskiej gehenny akt drugi.

Był marzec. Do wiosny jeszcze daleko. Mówiono o tych stronach z drwiną, że zima trwa dziewięć miesięcy, a potem to już „wsio lieto i lieto”.... Jednak wola życia jest w człowieku niezwykłe silna. Zaczęli krzątać się i „urządzać”. Ziemianek było zbyt mało, więc wielu kopało tę zmarzniętą ziemią, by zdobyć choć najmarniejsze schronienie przed zimnem i wiatrem.

Po kilku dniach, do niektórych uśmiechnęło się szczęście. Mogli przenieść się do wsi. Rodzina mojego Męża trafiła do samotnej gospodyni, której mąż i synowie poszli na wojnę, a ona mieszkała sama z kilkuletnią córką.

Było chłodno i głodno, ale nie padał na głowy śnieg, a za pracę przy tym mizernym gospodarstwie, dostawali równie mizerne wyżywienie, ale nie groziła już śmierć głodowa. W izbie była tak zwana „pieczka”, czyli kuchnia z paleniskiem i czymś w rodzaju półki, na której zazwyczaj sypiali mieszkańcy rosyjskich wsi. Było tam ciepło, więc miejsce to zajmowała gospodyni i jej córka.

Wreszcie nadeszła długo oczekiwana wiosna, a potem lato. Wszyscy pracowali na kołchozowych polach. Czasem praca przekraczała mizerne siły, zwłaszcza niedożywionych dzieci. Wciąż chorowały.

I znowu przyszła zima. Ludziom trudno było przywyknąć do ostrego klimatu. Temperatura spadała do 40 stopni poniżej zera. Nie było odzieży zabezpieczającej przed takim mrozem. Mała Basia zachorowała na zapalenie płuc. Miała bardzo wysoką gorączkę. Matka na plecach zaniosła ją do człowieka, którego traktowano w wiosce jak lekarza, choć wiadomo było, że z medycyną niewiele miał wspólnego. Postawił bańki i kazał leżeć w łóżku, a minę miał przy tym bardzo poważną. Matka, pełna najgorszych myśli, przyniosła Basię do domu. Na szczęście dziecko przetrwało jakoś tę ciężką chorobę, ale długo powracało do sił.

Nastał 1941 rok. Zaczęły krążyć słuchy, że jakiś generał, podobno nazywa się Anders, czy jakoś tak, tworzy polskie wojsko. Niemożliwe! Tu? W Związku Radzieckim? Nieprawdopodobne! Jednak, gdy coraz więcej ludzi o tym mówiło, w serca wstąpiła nadzieja. Może zbliża się koniec tej tułaczki i poniewierki! Wielu mężczyzn, nawet tych, którzy ledwo trzymali się na nogach, szło do Andersa, także wypuszczani z łagrów i więzień.

Andrzej, starszy syn, miał ledwo siedemnaście lat, był za młody do wojska. Matka pomyślała jednak, że dla niego jest to wielka szansa, jedyny sposób żeby wyrwać się z tej biedy. Chłopak nie bardzo chciał zostawić rodzinę, czuł się odpowiedzialny za los najbliższych. Matka nalegała, tłumaczyła, że może chociaż jemu uda się przeżyć ten okropny czas. Wreszcie powędrował tam, gdzie zbierali się tacy jak on niedożywieni obszarpańcy, gdzie powstawała armia. Jego dalsze losy związane były z tą armią, armią generała Andersa. Przeszedł z nią cały szlak bojowy, walczył pod Monte Casino. Zdobył odznaczenia za odwagę. Po wojnie, jak wielu jego kolegów, zamieszkał w Wielkiej Brytanii. Nie mógł wrócić do ojczyzny, bo niechybnie, jako „wróg” Polski Ludowej, trafiłby do więzienia. Pozostał za granicą do końca życia, czyli 1977r.

Wyprzedziłam trochę chronologię wydarzeń, więc wracam do syberyjskiej opowieści.

Po pewnym czasie Matkę zatrudniono w elewatorze. Wraz z innymi kobietami przerzucała całe tony ziarna. Czasem udało się Jej parę garści wsypać ukradkiem do butów lub skarpet i ryzykując surową karę, zanieść do domu. Tam wytrzepywała ziarenka, a potem gotowała z nich coś w rodzaju zupy. Albo ucierała w młynku do kawy dodawała gotowane obierki i na kuchennej blasze piekła lepioszki, czyli coś w rodzaju placków.

Po żniwach, dzieci zbierały kłosy na polach, co było kategorycznie zabronione. Kierownictwo kołchozu było zdania, że lepiej niech zgniją, niż żeby Polacy mieli z nich jakiś pożytek. Sprytnym malcom udawało się jakoś skryć przed czujnym wzrokiem strażnika. Ryzykowały, ale przecież każda odrobina pożywienia, każdy okruch chleba był ważny, pomagał przetrwać, odpędzał wyniszczający głód.

Głód. To słowo pojawiało się często we wspomnieniach Męża. Głód dokuczliwy, nękający. W okresie kiedy dzieci rosną i powinny być odpowiednio odżywiane, na Syberii głodowały. Głód sprawił, że w późniejszych latach, już w Polsce, stałym zwyczajem było noszenie kromki chleba w kieszeni i uzupełnianie zapasu w chlebaku, by nigdy chleba nie zabrakło. To jedna z wielu „pamiątek” pozostawionych przez Syberię.

Minął kolejny trudny rok. Któregoś dnia kazano Matce zgłosić się do siedziby NKWD. Poszła z duszą na ramieniu, czego mogą chcieć od niej. Zażądali, by podpisała zgodę na przyjęcie obywatelstwa radzieckiego. Odmówiła. Zdawała sobie sprawę, że jeśli podpisze, zamknie sobie i całej rodzinie możliwość powrotu do kraju. Broniła się mówiąc, że urodziła się Polką i Polką chce umrzeć. Skąd w niewysokiej, wymęczonej niedostatkiem i głodem kobiecie było tyle hartu ducha i determinacji! Zdołała oprzeć się perswazjom, namowom i groźbom enkawudzistów. Te groźby były całkiem realne. Uczyniono nad Nią „sąd” i wydano wyrok: za nieposłuszeństwo władzy radzieckiej – dwa lata więzienia.

To był początek trzeciego aktu gehenny.

Matka, idąc do więzienia, zostawiła na pastwę losu swoją matkę staruszkę i dwoje dzieci. Co musiała przeżywać ta kobieta? A jak wyglądało Jej życie w więzieniu? Nie chciała o tym mówić. Faktem jest, że po wojnie kiedy odnalazła dzieci, Basia nie poznała Matki, tak bardzo przeżycia zmieniły Jej wygląd. Ale o tym będzie dalej.

„Wrażliwa na ludzką krzywdę” władza radziecka zatroszczyła się o los pozostawionych bez opieki dzieci. Przewieziono je daleko, do miejscowości Zudiłowo w Ałtajskim Kraju. Zostały umieszczone w domu dziecka, na szczęście w tym samym, choć to niewiele poprawiało ich los, ale było im trochę raźniej.

W „dietdomie”, prowadzonym przez Rosjan, były dzieci polskie i kilkoro żydowskich. Basia mająca zaledwie siedem lat trafiła do grupy młodszych dziewczynek, jej brat zamieszkał w kilkunastoosobowej sali chłopców. Młodsze dzieci pobierały skromne nauki, a te które skończyły dwanaście lat, musiały pracować. To były różne zajęcia. Porządkowały teren, przygotowywały opał, pracowały przy układaniu torów, lub przy robotach w najbliższym kołchozie. Mój Mąż był zatrudniony w fabryce zabawek. Pięknie brzmi, ale pod tym szyldem kryła się wytwórnia jakichś elementów do nabojów karabinowych.

Dzieci były wiecznie głodne, nie wystarczały skąpe racje żywnościowe. Wciąż szukały czegoś do jedzenia. Wszystko było dobre. I owoce znajdowane w opuszczonych gospodarstwach, gdzie rosły zdziczałe śliwy, grusze i jabłonie. I jagody leśne, a nawet „kliukwa” to znaczy żurawina, która późną jesienią czerwieniła się na polankach. w niedalekim lesie, zawierała bardzo dużo witaminy C, ale była okropnie kwaśna. Czasem udało się znaleźć niewykopane w porę ziemniaki, często nadmarznięte, ale po upieczeniu smakowały wygłodniałym dzieciakom znakomicie.

Specjalnym rytuałem było rozdzielanie chleba. Okrągły bochenek przeznaczony był dla kilkunastu chłopaków. Żeby było sprawiedliwie, wymyślono, by nie był krojony w kromki, lecz w trójkąty, tak jak się dzieli tort. Dzięki temu każdy miał swój kawałek chleba ze skórką, która była wyjątkowym specjałem,
a na dodatek wszystkie części, dzięki tej metodzie, były jednakowej wielkości. Wszyscy stali wokół krojącego i pilnowali, żeby nie szachrował.

Z jakiegoś bliżej mi nieznanego powodu, po pewnym czasie dzieci przeniesiono do kontoszyńskiego domu dziecka. Tu warunki były trochę lepsze, a co najważniejsze, docierać zaczęły od czasu do czasu amerykańskie paczki żywnościowe. Były w nich takie produkty jak smalec, czasem mięso, a nawet jakieś słodycze. Rozdzielano te dobra wśród dzieci oszczędnie, ale i tak sprawiały im wielką radość.

Dzieci często chorowały. Basia wciąż miała nawracające bronchity, a Leona powaliła malaria. Co jakiś czas miał wysoką gorączkę i dreszcze. To była poważna choroba. Jej skutki odczuwał jeszcze długo po powrocie do Polski. Nękały ich także inne choroby i różnego rodzaju urazy. Jakieś rany i stłuczenia, powstawały w czasie pracy, przekraczającej często ich siły. No i okropne wszy, których nie sposób było wytępić.

Wreszcie minęły długie dwa lata matczynej kary. Matka wyszła na wolność. Odnalazła swoją matkę. Nie miała jednak możliwości dotrzeć do dzieci. Prawie w tym samym czasie skończyła się wojna. Matka pomyślała, że chyba łatwiej będzie odnaleźć dzieci w Polsce, bo wierzyła, że teraz to już lada chwila wszyscy tam pojadą. Jednak sporo czasu minęło nim ustalono kiedy i w jaki sposób polscy obywatele będą mogli wrócić do kraju. Niemiłosiernie dłużyły się te miesiące, tym bardziej, że warunki pobytu na zsyłce, wraz z zakończeniem wojny wcale się nie poprawiły, a wprost przeciwnie, jeszcze trudniej było zarobić na chleb. Nadal panował głód, który zresztą cierpieli także rdzenni mieszkańcy tych terenów, wyniszczonych skutecznie przez długie lata okrutnych, nieludzkich rządów Stalina i wojnę.

Wreszcie nadeszło lato 1946 roku. Nareszcie przyszła pora wyjazdu do Polski. Znowu jechali w towarowych wagonach, jednak jakże inne panowały tam nastroje. Spełniały się ich wieloletnie marzenia, jechali do Ojczyzny. Wolni, bez eskorty! Głodni ale pełni wiary, że to już kres ich mordęgi. Znosili niedogodności i miesięczną jazdę z pogodą i nadzieją. Koniec tragedii.

Ale to dla mojego Męża i jego rodziny wcale nie był koniec kłopotów, zmartwień i nieszczęść.

Po sześciu i pół roku zesłania, i matka i dzieci wróciły do Polski, w różnych pociągach, nic o sobie nawzajem nie wiedząc. Dzieci po długiej podróży dotarły do Gostynina, gdzie zorganizowano w pustym budynku po byłym szpitalu punkt repatriacyjny. Stąd były zabierane przez rodziny, a jeśli nikt nie zgłaszał się po nie, wysyłano je do domów dziecka.

Matka dotarła do Skierniewic, gdzie zatrzymała się u rodziny i przez Polski Czerwony Krzyż rozpoczęła poszukiwania dzieci. Kiedy ustaliła miejsce ich pobytu, czym prędzej tam pojechała. Po prawie trzech latach spotkała wreszcie swoje dzieci.

Najpierw do pokoju w którym Matka czekała weszła Basia. Popatrzyła na nieznajomą osobę nieufnie i powiedziała, że ta chuda, stara kobieta nie może być jej mamusią, przecież mamusia była pulchna i młoda. Pamiętała, że Matka miała na jednym z zębów złotą koronkę. Gdy przybyła kobieta, ujawniła swój złocisty ząb, Basia łaskawiej na nią popatrzyła, ale dopiero brat rozwiał jej ostatnie wątpliwości. Gdy wszedł do pokoju i rzucił się Mamie na szyję, zrobiła to samo.

Tułaczka co prawda się skończyła, znów byli we czworo, ale brakowało Ojca i Andrzeja. Brakowało też jakiegoś choćby najskromniejszego mieszkania, ubrań, łóżek, stołu i tysiąca rzeczy potrzebnych do życia. Wszystko zostało za wschodnią granicą. Mołodeczno leżało teraz na terenie Białoruskiej Republiki Radzieckiej, bo tak postanowiły międzynarodowe traktaty. A ludzie mieszkający tam od lat albo zostali cudzoziemcami we własnym do niedawna kraju, albo jechali do Polski.

Zachodnią część Polski stanowiły ziemie tak zwane „odzyskane”, czyli pozostałe po wysiedlonych z tych terenów Niemcach. Było to Eldorado dla szabrowników, złodziei i innych szumowin, ale także miejsce dokąd kierowano repatriantów. Mogli tam znaleźć dach nad głową, sprzęty, naczynia, i jakoś żyć.

Matka postanowiła pojechać do Czaplinka, gdzie wcześniej zamieszkał Jej młodszy brat Stefan. Pracował w magistracie. Udało mu się dla siostry znaleźć nie tylko lokum, ale także pracę. Powoli sytuacja stabilizowała się. Coraz rzadziej mówiono o wiszącej na włosku wojnie i powrocie Niemców na te tereny. Ludzie przyzwyczajali się do nowych miejsc i nowego życia. Czaplinek był małym miasteczkiem, malowniczo położonym nad ogromnym jeziorem Drawskim. Po surowej Syberii, miejsce to wydało się im rajem na ziemi.

Dzieci poszły do szkoły, matka pracowała w przedszkolu. Zaczęła intensywnie poszukiwać swego starszego syna. Nie miała od niego wiadomości odkąd poszedł do armii Andersa. Po jakimś czasie dzięki radiowej skrzynce poszukiwania rodzin, czy też Polskiemu Czerwonemu Krzyżowi, udało się ustalić miejsce jego pobytu. Mieszkał w Birmingham w Wielkiej Brytanii. Po demobilizacji skończył średnią szkołę i zaczął pracować. Mógł dzięki temu wspomagać Matkę i rodzeństwo, przysyłając paczki żywnościowe.

Po kilku latach Matka straciła pracę. Wtedy pomyślała, że ani ona, ani dzieci, nie będą miały w tej mieścinie żadnych perspektyw. Postanowiła przenieść się do Skierniewic. Wyjechali we trójkę, bo Babcia już nie żyła.

Krewni wynajęli Jej skromniutkie mieszkanie. Zaczęła pracować w szwalni. Wydawało się, że może wreszcie uda się pożyć spokojnie. Niestety zdarza się, że los upatrzy sobie ofiary i bez umiaru je gnębi. Matka zaczęła odczuwać dolegliwości żołądkowe. Organizm wyniszczony głodem i okropnymi przeżyciami odmówił posłuszeństwa. Zmarła dwa lata po przyjeździe do Skierniewic. Syn odbywał w tym czasie służbę wojskową, a Basia chodziła do liceum. Zostali sami, tylko we dwoje. Dopiero po kilku latach założyli swoje rodziny i starali się jakoś żyć z koszmarnymi wspomnieniami, choć to wcale nie było proste.

Jak mocno tkwią w ludzkiej pamięci tamte przeżycia, mogłam przekonać się naocznie, gdy we wrześniu tego roku uczestniczyłam
w dorocznym Marszu Żywej Pamięci Sybiru w Białymstoku i widziałam w czasie Apelu Poległych, pochylone siwe głowy Sybiraków i płynące z ich oczu łzy. A tyle lat przecież minęło!

Może zbyt pobieżnie opisałam losy moich bliskich, no cóż, nie było mnie wtedy z nimi, wiem tyle, ile powiedzieli mi Mąż i Jego Siostra. Chciałam Ich losy uchronić od zapomnienia nie fantazjując i nie popadając w sentymentalizm. Starałam się pisać prosto i całą pewnością prawdziwie. Tylko czy można znaleźć słowa, które oddadzą cały koszmar zsyłki?

Liczby Polaków skazywanych przez władze sowieckie, w pierwszych dniach wojny, i nie tylko wtedy, na deportację na wschód, a dokładniej do Kazachstanu, na Syberię i jeszcze dalej, aż po Kołymę, nie można dokładnie ustalić, choć dotychczas jeszcze trwają takie próby. Tysiące istnień ludzkich pochłonęła nieludzka ziemia. Tym, którym udało się wrócić, przez wiele lat nie wolno było nawet wspomnieć, że „przyjaciel ze wschodu”, „wielki brat” dopuszczał się takich zbrodni. Za rozgłaszanie tej tragicznej prawdy, groziły poważne konsekwencje. Więc ludzie milczeli. Tylko najbliższa rodzina lub zaufani przyjaciele usłyszeli czasem kilka słów na temat zsyłki.

Sprawa Sybiraków wyszła na światło dzienne dopiero w końcu lat osiemdziesiątych. Wielokrotnie jeździliśmy wówczas z Mężem do Warszawy, na ulicę Chłodną, gdzie przy kościele św. Andrzeja tworzył się zalążek Związku Sybiraków, a właściwie czyniono próby reaktywowania Związku utworzonego w okresie międzywojennym. Pamiętam przychodzących tam ludzi. Mogli wreszcie mówić, wspominać, opowiadać o swoich strasznych przeżyciach. Jakby pękła jakaś tama. Niektórzy spotkali się tu pierwszy raz od deportacji, zdarzało się, że rozpoznawali dawno niewidziane twarze, wymieniali nazwy miejscowości, w których przebywali na zesłaniu, nazwiska współtowarzyszy. Łzy wzruszenia, łzy, łzy....

Wkrótce zaczęły powstawać Koła Sybiraków na terenie całej Polski, największe na ziemiach zachodnich, i na wschodzie. Kiedy wszystko ujęto w ramy organizacyjne i uporządkowano dostępne dane, okazało się, że z wywózki wróciło kilkaset tysięcy. A ilu tam pozostało? Nikt tego dokładnie nie zliczy. Niemiłosierny czas zaciera ślady. Sybiraków jest coraz mniej i są coraz starsi, często schorowani i niepełnosprawni. Mniej siły i możliwości, by dotrzeć do całej prawdy. Syberia wycisnęła piętno nie tylko na zdrowiu fizycznych ale i psychice Sybiraków. Na szczęście od ponad pięćdziesięciu lat nie przybywa nowych! Być może historycy znajdą sposób, by wyjaśnić całą prawdę o tamtych czasach.

Kończę ten tekst prośbą do losu, by Polacy już nigdy nie musieli przeżywać syberyjskiej gehenny!

 

Wiesława Maciejak
MĘŻOWI -


październik 2007r.

Pamiętnik "SYBERYJSKA GEHENNA" otrzymał 1 marca 2008 r. jedno z trzech równorzędnych wyróżnień ( nie było numerowanych miejsc)na konkursie ogłoszonym przez Ogólnopolskie Stowarzyszenie Seniora w Bydgoszczy.

Artykuły powiązane

  • Deportacja na Syberię i do Kazachstanu

    10 lutego 1940 rok. Sroga zima. Strach  wychodzić z ciepłego mieszkania. Jednak władze sowieckie akurat na ten dzień wyznaczyły masową wywózkę Polaków wgłąb Związku Radzieckiego - na Syberię i do Kazachstanu.

  • Życie z zapachem w tle

    Ludzkie zmysły pozawalają na odbieranie najrozmaitszych bodźców. Przyjęło się uważać, że najważniejsze nasze „okna na świat” to wzrok i słuch. Dotyk i smak są jakby mniej cenne, a węch? O, bez niego można się zupełnie dobrze obejść.

  • Dzieje pewnej fotografii

    Na początku lat siedemdziesiątych jako całkiem jeszcze młoda osoba, leżałam w szpitalu w Łodzi. W moim pokoju kurowała się także pani Janina Busiakiewiczowa, przemiła osoba, która lubiła opowiadać o swoim długim, barwnym życiu.

  • To już 73 lata

    "Jeśli zapomnę o Nich,

    Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie".

  • O SYBIRAKACH SŁÓW KILKA

    Syberia to piękna kraina. Leży w Azji ale od wieków należała do Rosji, potem Związku Sowieckiego, obecnie znów do Rosji. W Polakach, zwłaszcza tych wcześniej urodzonych, słowo Syberia wywołuje jednak przykre skojarzenia.

  • Moje kolarstwo sportowe

    Zazwyczaj przy porządkowaniu czeluści szuflad, czy biurka trafia się na strzępy małych, pożółkłych zdjęć, czy wycinków prasowych,

Więcej w tej kategorii: Zimowe szaleństwa »
Copyright © 2007 - 2017  ESTET

Register

User Registration
or Anuluj